Weekendowe rzymskie wakacje

Ty­le by­ło ocze­ki­wa­nia na na­sz wy­jazd do Rzy­mu, a mi­nął tak szyb­ko! Nie­ste­ty, jak po­wszech­nie wia­do­mo za­wsze to, co do­bre mi­ja jak przy uży­ciu cza­so­przy­spie­sza­cza. Co do sa­me­go wy­jaz­du, oby­dwie mia­ły­śmy in­ne ocze­ki­wa­nia, bo dla jed­nej z nas (Pau­li­ny) by­ła to czwar­ta wi­zy­ta w Rzy­mie, a dla dru­giej do­pie­ro pierw­sza. Co cie­ka­we, choć zna­my się pra­wie rów­no dzie­sięć lat, do tej po­ry nie­czę­sto po­dró­żo­wa­ły­śmy wspól­nie i nie zda­rzy­ło nam się ra­zem wy­jeż­dżać za­gra­ni­cę. Mi­mo wszyst­ko je­st to na­sz ko­lej­ny do­wód na to, że praw­dzi­wa przy­ja­źń wy­trzy­ma wszyst­ko, na­wet par­ty­zanc­ki week­end w Rzy­mie 😉

.

.

.

1x.

2017-02-03 20.47.26

.
Teo­re­tycz­nie na wy­jeź­dzie by­ły­śmy od piąt­ku do po­nie­dział­ku, jed­nak sa­me­go Rzy­mo­wa­nia by­ły z te­go je­dy­ne dwa dni. W pią­tek ca­ły dzień za­jął nam naj­pierw trans­port na lot­ni­sko w Mo­dli­nie, prze­pi­so­we dwie go­dzi­ny spę­dzo­ne na lot­ni­sku (obie na­le­ży­my do skru­pu­lat­ny­ch po­dróż­ni­czo osób 😉 ) i dwie i pół go­dzi­ny lo­tu. Na­stęp­nym punk­tem pro­gra­mu by­ło ocze­ki­wa­nie na au­to­bus z lot­ni­ska Rzym Ciam­pi­no i pra­wie go­dzin­na dro­ga do cen­trum mia­sta, czy­li dwor­ca Ter­mi­ni. Z nie­go me­trem do­je­cha­ły­śmy do sta­cji Ot­ta­via­no – San Pie­tro. Stam­tąd już z gór­ki, bo tyl­ko 2 ki­lo­me­try pie­szo do na­sze­go ho­ste­lu. Pi­sząc to przy­po­mi­na się od ra­zu fil­mik „Ja mam bar­dzo do­bre po­łą­cze­nie” J)))) Oczy­wi­ście ana­lo­gicz­na dro­ga cze­ka­ła nas rów­nież w dru­gą stro­nę w po­nie­dzia­łek.

Rzym przy­wi­tał nas przy­jem­nie cie­płym po­wie­trzem, lek­kim desz­czem i mnó­stwem woj­ska z ka­ra­bi­na­mi w rę­ku na uli­ca­ch. Wi­dok ten po­wo­li sta­je się (choć przy­krą) co­dzien­no­ścią w sto­li­ca­ch Eu­ro­py Za­chod­niej. Szcze­gól­nie moc­no strze­żo­ny je­st Wa­ty­kan, któ­ry z każ­dej stro­ny ogro­dzo­ny je­st ba­rier­ka­mi lub sa­mo­cho­da­mi woj­sko­wy­mi. Na­sz ho­stel (Be­dro­oms Ro­me – po­le­ca­my) znaj­do­wał się nie­da­le­ko mu­rów Wa­ty­ka­nu, więc za każ­dym ra­zem idąc „na mia­sto” prze­cho­dzi­ły­śmy przez plac św. Pio­tra. Pierw­szy raz był naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny. Z jed­nej stro­ny to nie­sa­mo­wi­te uczu­cie zo­ba­czyć na ży­wo tak sym­bo­licz­ną bu­dow­lę jak ba­zy­li­ka św. Pio­tra, któ­rą też ty­le ra­zy oglą­da­ło się w te­le­wi­zji, czy na zdję­cia­ch. Z dru­giej stro­ny pod ko­lum­na­mi ota­cza­ją­cy­mi plac św. Pio­tra miesz­ka spo­ra gru­pa bez­dom­ny­ch i co tu du­żo mó­wić – trun­ku­ją­cy­ch lu­dzi, któ­rzy w do­dat­ku przy­wi­ta­li nas krzy­cząc naj­bar­dziej zna­ne pol­skie sło­wo na świe­cie – kur…! (nie je­st to kur­czak). Sły­sząc, że to ro­da­cy za­do­mo­wi­li się na do­bre w pań­stwie wa­ty­kań­skim, tym bar­dziej przy­spie­szy­ły­śmy kro­ku, by w koń­cu zna­leźć się w ho­ste­lu. Oko­li­ce Wa­ty­ka­nu mi­mo że był pią­tek, go­dzi­na 21, by­ły moc­no opu­sto­sza­łe. W je­dy­nym czyn­nym w po­bli­żu na­sze­go ho­ste­lu ba­rze ku­pi­ły­śmy po ka­wał­ku piz­zy na wy­nos, a w ma­łym skle­pi­ku bu­tel­kę wi­na i by­ły­śmy go­to­we na re­laks po dłu­giej po­dró­ży…
.

3x.

2x.

2017-02-04 10.48.44.

2017-02-04 10.51.55

.
Be­dro­oms Ro­me oka­zał się być miesz­ka­niem w apar­ta­men­tow­cu, w któ­rym wła­ści­ciel urzą­dził mi­ni – trzy­po­ko­jo­wy ho­stel. Ab­so­lut­nie nie mo­gły­śmy na­rze­kać na czy­sto­ść po­ko­ju i ła­zien­ki, stan­dard, czy lo­ka­li­za­cję, a w do­dat­ku do dys­po­zy­cji mia­ły­śmy kuch­nię, w któ­rej ra­no do­stęp­ne by­ło śnia­da­nie w for­mie sa­mo­ob­słu­go­wej – ka­wa, her­ba­ta, to­sty i płat­ki z mle­kiem. Ni­by nie­wie­le, ale w prak­ty­ce przy­da­wa­ło się to o po­ran­ku. Je­dy­ny­mi mi­nu­sa­mi ho­ste­lu by­ły bar­dzo cien­kie ścia­ny (a jak szyb­ko się oka­za­ło, na­szy­mi są­siad­ka­mi by­ły trzy Po­lki, tak­że ro­zu­mia­ły­śmy na­wza­jem wszyst­kie na­sze roz­mo­wy) i pan­cer­ne drzwi wej­ścio­we. Z nie­zna­ny­ch po­wo­dów drzwi wy­czu­wa­ły ner­wo­wo­ść do­bi­ja­ją­ce­go się do ni­ch i otwie­ra­ły się tyl­ko kie­dy ła­ska­wie ze­chcia­ły. Piąt­ko­wy wie­czór upły­nął nam na są­cze­niu wi­na, słu­cha­niu mu­zy­ki, roz­mo­wa­ch i bar­dzo du­żej ilo­ści śmie­chu. Chy­ba do­pie­ro wte­dy po­czu­ły­śmy, że je­ste­śmy w Rzy­mie 😉

W so­bo­tę nie zwle­ka­ły­śmy zbyt dłu­go ze wsta­wa­niem, bo na­sz plan zwie­dza­nia był do­ść na­pię­ty. Choć nie sta­wia­ły­śmy so­bie za cel zo­ba­cze­nia ca­łe­go Rzy­mu w dwa dni (bo umów­my się, je­st to nie­re­al­ne), to chcia­ły­śmy jak naj­le­piej sko­rzy­stać z do­brej, sło­necz­nej po­go­dy, tym bar­dziej, że me­tro rzym­skie od­stra­szy­ło nas od sie­bie pierw­sze­go dnia i ca­ły week­end chcia­ły­śmy po­ru­szać się pie­szo. Po zje­dze­niu śnia­da­nia i kil­ku obo­wiąz­ko­wy­ch sel­fie przed wyj­ściem, po raz ko­lej­ny uda­ły­śmy się w oko­li­ce pla­cu św. Pio­tra. Ra­no ro­bił du­żo lep­sze wra­że­nie niż to mia­ło miej­sce wie­czo­rem. Nie­zmien­na by­ła ilo­ść żoł­nie­rzy i sa­mo­cho­dów woj­sko­wy­ch, ale po­za tym słoń­ce i gwar tu­ry­stów przy­po­mniał nam, że je­ste­śmy w Wiecz­nym Mie­ście. Zmar­twi­ła nas za to ko­lej­ka do Ba­zy­li­ki św. Pio­tra, któ­ra cią­gnę­ła się dłu­gą ser­pen­ty­ną przez ca­ły plac. Stwier­dzi­ły­śmy, że jak­kol­wiek war­to by­ło­by wej­ść do Ba­zy­li­ki, to szko­da tra­cić sło­necz­ny dzień na sta­nie w gi­gan­tycz­nej ko­lej­ce.
.

2017-02-04 10.57.24.

2017-02-04 11.01.25.

2017-02-04 11.10.11.

2017-02-04 11.00.54.

2017-02-04 11.13.39.

Idąc via del­la Con­ci­lia­zio­ne, któ­ra jak zgod­nie stwier­dzi­ły­śmy ko­ja­rzy nam się głów­nie z trans­mi­sja­mi te­le­wi­zyj­ny­mi z dni cho­ro­by, śmier­ci i po­grze­bu Pa­pie­ża Ja­na Paw­ła II (da­cie wia­rę, że to już 12 lat te­mu?!), do­szły­śmy do mo­stu Vit­to­rio Ema­nu­ele II, z któ­re­go roz­ta­czał się prze­pięk­ny wi­dok na Ty­ber i za­mek św. Anio­ła. Tam przez dłuż­szy czas pró­bo­wa­ły­śmy uchwy­cić ten ob­raz na zdję­cia­ch. Po przej­ściu na dru­gi brzeg Ty­bru, skie­ro­wa­ły­śmy się ru­chli­wą i sze­ro­ką ale­ją Vit­to­rio Ema­nu­ele II do Pan­te­onu. Po dro­dze za­uwa­ży­ły­śmy, że w Rzy­mie je­st ma­ło skle­pów spo­żyw­czy­ch (mo­że dla­te­go, że po­ru­sza­ły­śmy się po cen­trum) i w su­mie przez ca­ły dzień cho­dze­nia zna­la­zły­śmy tyl­ko je­den – Car­re­fo­ur Expres, wła­śnie na Cor­so Vit­to­rio Ema­nu­ele II.
.

2017-02-04 11.26.31.

2017-02-04 11.27.51-1

.
GPS ka­zał nam kil­ka ra­zy skrę­cić i nie­ba­wem wy­szły­śmy na tłocz­ną i gwar­ną piaz­za del­la Ro­ton­da, gdzie znaj­du­je się pięk­nie za­cho­wa­ny Pan­te­on – obec­nie ko­ściół Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny od Mę­czen­ni­ków. Nie by­ło żad­ne­go pro­ble­mu z wej­ściem do środ­ka, choć oczy­wi­ście we­wnątrz nie bra­ko­wa­ło zwie­dza­ją­cy­ch, a ra­czej ro­bią­cy­ch zdję­cia (choć i my tro­chę ich zro­bi­ły­śmy 😉 ). Tak sta­ra bu­dow­la mu­si ro­bić wra­że­nie, szcze­gól­nie, że w środ­ku je­st na­praw­dę pięk­na, co pod­kre­śla świa­tło pa­da­ją­ce z otwo­ru w ko­pu­le. W Pan­te­onie znaj­du­je się też oto­czo­ny asy­stą woj­sko­wą gro­bo­wiec kró­la Wik­to­ra Ema­nu­ela II.
.

2017-02-04 12.06.25.

2017-02-04 11.58.40/

2017-02-04 12.02.22.

P1100019.

2017-02-04 12.04.36.

2017-02-04 12.10.29
.

2017-02-04 12.10.16
.

2017-02-04 12.15.14

.

Plac przed wej­ściem do Pan­te­onu ro­bił rów­nie do­bre wra­że­nie ze wzglę­du na wie­lo­barw­ne ka­mie­ni­ce i uro­kli­wą fon­tan­nę po­środ­ku, a at­mos­fe­rę do­peł­nia­ła mu­zy­ka gra­ją­ce­go na sak­so­fo­nie graj­ka ulicz­ne­go. Tra­fi­ły­śmy tam na świet­ne świa­tło za­raz przed desz­czem, więc nie mo­gły­śmy po­wstrzy­mać się od zro­bie­nia wie­lu… na­praw­dę wie­lu zdjęć 😉 Nie­spo­dzie­wa­ny atak desz­czu zmu­sił nas do przy­spie­sze­nia kro­ku (świe­żo wy­pro­sto­wa­ne wło­sy by­ły do­dat­ko­wym przy­spie­sza­czem) i po oko­ło 10 mi­nu­ta­ch mar­szu spo­śród ka­mie­ni­czek wy­ło­ni­ła się przed na­mi fon­tan­na Di Tre­vi – ko­lej­ny z sym­bo­li Rzy­mu. To nie­sa­mo­wi­te, że i Pan­te­on i Fon­tan­na di Tre­vi są skrzęt­nie ukry­te po­mię­dzy pięk­ny­mi bu­dyn­ka­mi, w któ­ry­ch na co dzień miesz­ka­ją „zwy­kli” Wło­si. Moż­na im tro­chę współ­czuć, bo tłu­my przy fon­tan­nie by­ły na­praw­dę nie­prze­bra­ne. Zde­cy­do­wa­ły­śmy się sko­rzy­stać ze świec­kiej tra­dy­cji, na li­cen­cji no­men omen wło­skiej i wrzu­ci­ły­śmy do fon­tan­ny kil­ka mo­net, co by na pew­no w to miej­sce po­wró­cić (wrzu­co­ne mo­ne­ty bę­dą jed­nak śred­nio przy­dat­ne dla wło­ski­ch zbie­ra­czy, bo oczy­wi­ście wrzu­ci­ły­śmy pol­skie gro­sze ;)) Wpro­wa­dzi­ły­śmy też tra­dy­cję czy­ta­nia przed każ­dym za­byt­kiem krót­kie­go opi­su z prze­wod­ni­ka tak, by coś po tej wy­ciecz­ce po­zo­sta­ło nam w gło­wie.

.

16735597_10206239245778778_1149345098_o

.
.

4x
.

Na­szym na­stęp­nym ce­lem by­ły Scho­dy Hisz­pań­skie, znaj­du­ją­ce się na piaz­za di Spa­gna, czy­li kil­ka­set me­trów da­lej. Sko­rzy­sta­ły­śmy z oka­zji, że prze­sta­ło pa­dać i po dro­dze zja­dły­śmy wło­skie lo­dy, któ­re jak zwy­kle by­ły nie­za­wod­ne. Nie wia­do­mo co ta­kie­go Wło­si ma­ją w wo­dzie, czy mo­że do­da­ją do swo­je­go je­dze­nia ma­gicz­ny­ch elik­si­rów, ale po pro­stu wszyst­ko sma­ku­je tam obłęd­nie. Lo­dy po­chło­nę­ły­śmy do­syć szyb­ko, co oka­za­ło się być traf­ne, bo na Scho­da­ch Hisz­pań­ski­ch gro­zi man­dat na­wet 500 eu­ro (!) za je­dze­nie lub pi­cie. Po­mi­mo że Rzym je­st pe­łen cu­dow­ny­ch, hi­sto­rycz­ny­ch, by nie po­wie­dzieć sta­ro­żyt­ny­ch 😉 miej­sc, oby­dwie na ko­niec wy­jaz­du stwier­dzi­ły­śmy, że naj­lep­sza by­ła chwi­la kie­dy sie­dzia­ły­śmy na Scho­da­ch Hisz­pań­ski­ch, pa­trzy­ły­śmy na tu­ry­stów, Wło­chów i Ca­ra­bi­nie­ri i nie­spiesz­nie roz­ma­wia­ły­śmy o wszyst­kim i o ni­czym. Spę­dzi­ły­śmy tak do­bre pół­to­rej go­dzi­ny i pew­nie po­sie­dzia­ły­by­śmy tak jesz­cze tro­chę, gdy­by nie po­sta­no­wie­nie ku­pie­nia so­bie pa­miąt­ki z wy­jaz­du w po­bli­skiej Se­pho­rze.
.

5x.

6x.

2017-02-04 13.21.02.

2017-02-04 14.09.20.

2017-02-04 14.13.07.

2017-02-04 14.13.15.

2017-02-04 14.15.09.

Po wej­ściu na Scho­da­mi Hisz­pań­ski­mi na gó­rę po­szły­śmy przed sie­bie w kie­run­ku Wa­ty­ka­nu z chę­cią zna­le­zie­nia przy­jem­nej i naj­bar­dziej nie­tu­ry­stycz­nej re­stau­ra­cji. O dzi­wo, zna­la­zły­śmy smacz­ną trat­to­rię przy via del cor­so, gdzie ja­dło spo­ro tu­byl­ców, a ce­ny by­ły nie­wy­gó­ro­wa­ne (8 eu­ro za car­bo­na­rę). Nie­ste­ty nie spraw­dzi­ły­śmy na­zwy te­go przy­byt­ku, ale je­dze­nie by­ło bo­skie…

2017-02-04 14.43.06.

2017-02-04 15.55.31

Po­mi­mo że jak twier­dzi­ła apli­ka­cja te­le­fo­nicz­na w so­bo­tę zro­bi­ły­śmy pie­szo 19 ki­lo­me­trów usta­li­ły­śmy, że mu­si­my wie­czo­rem wyj­ść na mia­sto skosz­to­wać wło­skie­go wi­na i rzym­skie­go noc­ne­go ży­cia… Za­czę­ły­śmy od są­cze­nia wi­na w ho­ste­lu od­po­czy­wa­jąc przed ko­lej­ną tra­są, „na mie­ście” mia­ły­śmy wy­pić tyl­ko po sym­bo­licz­nej lamp­ce i ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa wró­cić przed pół­no­cą. Kie­dy wy­szły­śmy o go­dzi­nie 20 z miesz­ka­nia, po raz ko­lej­ny za­sko­czy­ły nas pust­ki na uli­ca­ch. Idąc oko­ło 10 mi­nut z via Au­re­lia do mo­stu Sant’Angelo nie spo­tka­ły­śmy pra­wie ży­wej du­szy. Za to wi­dok z mo­stu wie­czo­rem był na­wet pięk­niej­szy, niż ten za dnia. Po­wie­trze by­ło przy­jem­nie cie­płe, nad na­mi świe­ci­ły sty­lo­we la­tar­nie, pod na­mi nie­spiesz­nie pły­nął Ty­ber, a przy wej­ściu na mo­st pa­ni śpie­wa­ła „Knoc­kin on heaven’s do­or” akom­pa­niu­jąc so­bie na gi­ta­rze. W tej chwi­li by­ło coś na­praw­dę przej­mu­ją­ce­go.

2017-02-04 21.01.44.

2017-02-04 21.01.50.

2017-02-04 21.10.21.

Po spę­dzo­ny­ch kil­ku­na­stu mi­nu­ta­ch nad rze­ką, po­szły­śmy da­lej w nie­zna­nym kie­run­ku – nie wie­dzia­ły­śmy gdzie w Rzy­mie o tej po­rze co­kol­wiek się dzie­je. W związ­ku z tym, że ulicz­ki by­ły na­praw­dę opu­sto­sza­łe, je­dy­ne miej­sce, któ­re przy­cho­dzi­ło nam do gło­wy to Cam­po de’ Fio­ri. To był strzał w dzie­siąt­kę. Kie­dy we­szły­śmy na plac pe­łen re­stau­ra­cji i ba­rów, w koń­cu sły­chać by­ło roz­mo­wy i śmie­chy, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pa­ch piz­zy, na któ­rą oczy­wi­ście nie mo­gły­śmy się nie sku­sić 😉 Idąc na plac przez via del Pel­le­gri­no zo­ba­czy­ły­śmy bar, któ­ry wy­da­wał się jak wy­ję­ty z Kra­ko­wa, co sku­tecz­nie nas prze­ko­na­ło, by do nie­go wstą­pić. Po wej­ściu do Bar­num Ca­fe chwi­lę roz­ma­wia­ły­śmy po pol­sku o tym, co chce­my za­mó­wić przy ba­rze i szyb­ko oka­za­ło się, że bar­man je­st Po­la­kiem od wie­lu lat miesz­ka­ją­cym za­gra­ni­cą. Świet­nie nam się roz­ma­wia­ło o ży­ciu we Wło­sze­ch, pra­cy w ba­rze i po­dró­żo­wa­niu, więc za­mia­st sia­dać przy sto­li­ku, usia­dły­śmy przy ba­rze. W skró­cie – wy­szły­śmy na kie­li­szek wi­na, a spę­dzi­ły­śmy w ba­rze 4 go­dzi­ny, ucząc się przy oka­zji ro­bić drin­ki i wy­da­jąc (eu­fe­mi­stycz­nie mó­wiąc) tro­chę wię­cej niż prze­wi­dy­wa­ły­śmy 😉

2017-02-04 22.57.23

 Nie­dziel­ny po­ra­nek nie na­le­żał do przy­jem­ny­ch i tyl­ko si­łą wo­li zwle­kły­śmy się z łó­żek by zo­ba­czyć pa­pie­ża Fran­cisz­ka pod­czas nie­dziel­ne­go Anio­ła Pań­skie­go. Choć nie ro­zu­mia­ły­śmy nic a nic z te­go co mó­wił, bo nie zna­my wło­skie­go, by­ło to przej­mu­ją­ce prze­ży­cie. Przy oka­zji oka­za­ło się, że ko­lej­ka do Ba­zy­li­ki świę­te­go Pio­tra je­st trzy ra­zy krót­sza niż dzień wcze­śniej, a że sło­necz­na po­go­da ustą­pi­ła miej­sca desz­czo­wej, uzna­ły­śmy, że to do­bry mo­ment na zwie­dza­nie. Cie­ka­wost­ką je­st fakt, że w pierw­szą nie­dzie­lę mie­sią­ca zwie­dza­nie rzym­ski­ch mu­ze­ów je­st cał­ko­wi­cie bez­płat­ne. Nie­ste­ty ko­lej­kę do Ba­zy­li­ki wy­dłu­ża fakt, że przed wej­ściem każ­dy mu­si przej­ść kon­tro­lę bez­pie­czeń­stwa, po­dob­ną do tej lot­ni­sko­wej. Wnę­trze ko­ścio­ła ro­bi ogrom­ne wra­że­nie, szcze­gól­nie, że kie­dy do nie­go we­szły­śmy, trwa­ła pro­ce­sja do gro­bu Ja­na Paw­ła II i ma­je­sta­tycz­no­ść ba­zy­li­ki pod­kre­śla­ły wło­skie śpie­wy re­li­gij­ne. W Ba­zy­li­ce spę­dzi­ły­śmy spo­ro cza­su, choć nie­ste­ty do wie­lu czę­ści nie moż­na po­dej­ść, a tak­że za­bro­nio­ne je­st ro­bie­nie zdjęć, choć być mo­że je­st to do­bre dla ty­ch, któ­rzy przy­cho­dzą by się po­mo­dlić.
.

2017-02-05 15.47.12.

2017-02-05 16.04.54.

9x.

8x.

Po in­ten­syw­nej so­bo­cie nie by­ły­śmy w sta­nie doj­ść pie­szo z Wa­ty­ka­nu do Ko­lo­seum, a wi­zy­ta bez zo­ba­cze­nia go by­ła­by zde­cy­do­wa­nie nie­peł­na, dla­te­go po drob­ny­ch za­ku­pa­ch i ko­lej­nej (jesz­cze lep­szej) por­cji lo­dów, prze­mo­gły­śmy się i pod­je­cha­ły­śmy me­trem do sta­cji Co­los­seo. Po­le­ca­my Wa­szej uwa­dze, że w wie­lu au­to­ma­ta­ch bi­le­to­wy­ch w me­trze nie przyj­mo­wa­ne są bank­no­ty o więk­szy­ch no­mi­na­ła­ch niż 5 eu­ro. Szcze­rze przy­zna­je­my, że już po pierw­szej wi­zy­cie w rzym­skim me­trze za­czę­ły­śmy do­ce­niać war­szaw­ski stan­dard i pręd­ko­ść me­tra, ale ja­koś do­je­cha­ły­śmy do sta­ro­żyt­ny­ch za­byt­ków Wiecz­ne­go Mia­sta. Kie­dy do­tar­ły­śmy na miej­sce by­ło już ciem­no i do te­go co­raz moc­niej pa­dał desz­cz. Oczy­wi­ście nie od­stra­szy­ło nas to od zwie­dza­nia, ale kli­mat był mniej sprzy­ja­ją­cy, szcze­gól­nie, że o ile Ko­lo­seum je­st pięk­nie pod­świe­tlo­ne, to Fo­rum Ro­ma­num to­nę­ło w mro­ku. Prze­szły­śmy więc spod Ko­lo­seum via dei Fo­ri Im­pe­ria­li, mi­ja­jąc bu­dow­le sta­ro­żyt­ne­go Fo­rum Ro­ma­num i do­szły­śmy do piaz­za Ve­ne­zia, gdzie znaj­du­je się po­mnik „Oł­ta­rz Oj­czy­zny” wy­bu­do­wa­ny na prze­ło­mie XIXXX wie­ku. Trze­ba przy­znać, że Wło­si mie­li w tam­ty­ch cza­sa­ch roz­ma­ch.
.

2017-02-05 17.56.22.

2017-02-05 20.10.35
.

Po ca­ło­dzien­nym zwie­dza­niu stwier­dzi­ły­śmy, że nie da­my ra­dy do­je­chać do do­mu, bez krót­kiej sie­sty. Za­trzy­ma­ły­śmy się na obia­do­ko­la­cję w re­stau­ra­cji An­ti­ca Ro­ma, gdzie oczy­wi­ście za­mó­wi­ły­śmy spa­ghet­ti. Je­dze­nie by­ło bar­dzo do­bre. Na­le­ży pa­mię­tać, że w Rzy­mie w więk­szo­ści re­stau­ra­cji do ra­chun­ku do­li­czo­ne je­st ko­per­to, czy­li na­leż­no­ść za ob­słu­gę.

Ni­by nie­dzie­la by­ła mniej in­ten­syw­na pod ką­tem zwie­dza­nia, ale też na te­le­fo­nicz­nym licz­ni­ku na­bi­ły­śmy 19 ki­lo­me­trów pie­szo, co zde­cy­do­wa­nie czu­ły­śmy w no­ga­ch. Nie­ste­ty przez ilo­ść wra­żeń ten prze­dłu­żo­ny week­end mi­nął szyb­ciej niż stan­dar­do­we dwa dni wol­ne­go w War­sza­wie. Mia­ły­śmy pe­cha pod ką­tem po­go­dy, bo wła­ści­wie ca­ła nie­dzie­la i po­nie­dzia­łek by­ły desz­czo­we, ale uwierz­cie nam, że desz­cz w Rzy­mie przy +15 stop­nia­ch C je­st o nie­bo lep­szy niż – 10 stop­ni i śnieg, któ­ry­mi przy­wi­ta­ła nas War­sza­wa.
.

2017-02-04 16.00.50.

10x.

2017-02-05 16.52.44.

Obie je­ste­śmy wiel­ki­mi fan­ka­mi wło­skiej kul­tu­ry, je­dze­nia, kli­ma­tu, więc wy­jazd do Rzy­mu nie mó­gł się nie udać. Wró­ci­ły­śmy do ko­cha­nej War­sza­wy z przy­rze­cze­niem, że czę­ściej bę­dzie­my ko­rzy­stać z ta­ni­ch lo­tów do Wło­ch, bo prze­cież nie sa­mym Rzy­mem Wło­chy sto­ją, a nie wi­dzia­ły­śmy jesz­cze Me­dio­la­nu, czy Bo­lo­nii. By­ło­by przy­jem­niej, gdy­by ulic za­chod­ni­ch mia­st nie mu­sia­ło ochra­niać woj­sko, ale ta­ką ma­my rze­czy­wi­sto­ść, nie prze­sko­czy­my te­go i war­to pa­mię­tać, że wie­le osób mu­si z tym żyć na co dzień. Dla­te­go war­to co ja­kiś czas ode­rwać się od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści i po­le­cieć do Rzy­mu peł­ne­go do­bry­ch sma­ków i ko­lo­rów. Mniej wy­trwa­łym po­le­ca­my tyl­ko do­jazd z lot­ni­ska tak­sów­ką 😉
.

12x.

Aga­ta & Pau­li­na

więcej tekstów: Agata & Paulina

  • gu­est

    ni­ce pho­tos, be­au­ti­ful la­dies!