Tour de Podkarpacie, czyli cz. 1 relacji z wakacji

Dziś mam dla Was du­uużo li­te­rek do prze­czy­ta­nia 🙂 Je­śli ob­ser­wu­je­cie na­sz pro­fil na In­sta­gra­mie, na pew­no za­uwa­ży­li­ście, że w tym ro­ku urlop spę­dzi­łam zwie­dza­jąc Pod­kar­pa­cie. Wraz z mo­im chło­pa­kiem zde­cy­do­wa­li­śmy, że wy­jazd po­dzie­li­my na dwie czę­ści – zwie­dza­nie pod­kar­pac­ki­ch mia­st i mia­ste­czek oraz cho­dze­nie po gó­ra­ch. Na­szą ba­zą wy­pa­do­wą był Po­lań­czyk – stwier­dzi­li­śmy, że je­st z nie­go rów­nie da­le­ko do Prze­my­śla, jak i na Tar­ni­cę. Dziś przy­bli­żę Wam pierw­szą czę­ść wy­jaz­du, czy­li mo­je wra­że­nia z wy­cie­czek do Rze­szo­wa, Iwo­ni­cza – Zdro­ju, Sa­no­ka, Prze­my­śla i San­do­mie­rza (choć je­st po­ło­żo­ny już w wo­je­wódz­twie świę­to­krzy­skim). Mu­szę za­zna­czyć, że nie opi­szę Wam wy­cie­czek po mu­ze­ach i in­ny­ch te­go ty­pu atrak­cja­ch, bo tro­chę z wy­bo­ru, a tro­chę przez przy­pa­dek sku­pi­li­śmy się na spa­ce­ro­wa­niu, chło­nię­ciu spe­cy­ficz­ne­go kli­ma­tu każ­de­go z mia­st oraz tu­ry­sty­ce ku­li­nar­nej 😉

Nie­ste­ty fakt, że ca­ły wy­jazd trwał 7 dni spo­wo­do­wał, że wie­le miej­sc zo­ba­czy­li­śmy po­bież­nie, ale na ty­le do­brze, że­by prze­ko­nać się, jak wie­le pięk­ny­ch miej­sc je­st w Pol­sce. Ab­so­lut­nie nie ża­łu­ję, że na wa­ka­cje nie wy­je­cha­łam za gra­ni­cę — i pod ką­tem wi­do­ków, i pod ką­tem fi­nan­so­wym. Mam na­dzie­ję, że mo­je wra­że­nia z wy­ciecz­ki — i te opi­sa­ne i sfo­to­gra­fo­wa­ne, na­mó­wią Was do po­je­cha­nia na Pod­kar­pa­cie.

Za­pra­szam na wy­ciecz­kę!

Rze­szów:

Obraz 640

W Rze­szo­wie spę­dzi­li­śmy naj­wię­cej cza­su ze wszyst­ki­ch mia­st, o któ­ry­ch dziś prze­czy­ta­cie, bo no­co­wa­li­śmy w nim u mo­jej ser­decz­nej ko­le­żan­ki, Rze­szo­wian­ki peł­ną gę­bą 😉 Wie­le ra­zy by­łam w re­jo­nie Rze­szo­wa, ale ni­gdy nie do­tar­łam do sa­me­go mia­sta, choć sły­sza­łam, że rze­szow­skie sta­re mia­sto je­st uro­cze. W rze­czy sa­mej, je­st tak na­praw­dę. Ale od po­cząt­ku. Ju­sty­na miesz­ka na obrze­ża­ch Rze­szo­wa w dziel­ni­cy Ba­ra­nów­ka, któ­ra ma po­dob­no ra­czej złą sła­wę, choć na pierw­szy rzut oka, je­st  po pro­stu blo­ko­wi­skiem przy­po­mi­na­ją­cym war­szaw­ską Cho­mi­czów­kę. Upar­łam się, że zwie­dza­nie cen­trum mia­sta za­cznie­my od zo­ba­cze­nia po­mni­ka Czy­nu Re­wo­lu­cyj­ne­go, zwa­ne­go (par­don) Wiel­ką Ci­pą. Szcze­rze mó­wiąc, po­dzi­wiam in­wen­cję twór­czą au­to­ra te­go po­mni­ka, bo ro­bi na­praw­dę przy­tła­cza­ją­ce wra­że­nie. Zo­stał od­sło­nię­ty w 1974 ro­ku i miał na ce­lu upa­mięt­nie­nie walk na te­re­nie Rze­szo­wa. Choć do dziś je­go kształt bu­dzi kon­tro­wer­sje (i sal­wy śmie­chu 😉 ), wpi­sał się chy­ba w kra­jo­braz Rze­szo­wa, ja­ko punkt hu­mo­ry­stycz­ny, ale cha­rak­te­ry­stycz­ny. Jak wi­dać na fil­mi­ku, Po­mnik Czy­nu Re­wo­lu­cyj­ne­go in­spi­ru­je 😉

Obraz 670

Po obej­rze­niu po­mni­ka skie­ro­wa­li­śmy się w stro­nę sta­re­go mia­sta, któ­re za­sko­czy­ło mnie swo­ją ka­me­ral­no­ścią. Lu­dzi na uli­ca­ch by­ło ni­by spo­ro, ale po­mi­mo sło­necz­ne­go po­po­łu­dnia, da­le­ko by­ło do wiel­ko­miej­skie­go gwa­ru. Nie zwa­ża­jąc na ogrom­ny upał, z przy­jem­no­ścią prze­cha­dza­li­śmy się ulicz­ka­mi, któ­ry­ch ozdo­bą są ni­skie, wie­ko­we już ka­mie­nicz­ki. Wi­dać, że mia­sto je­st za­dba­ne, bo do­my w więk­szo­ści są od­no­wio­ne. Po za­ha­cze­niu o ukry­te w po­dwór­ku, ale bar­dzo smacz­ne lo­dy „u Mysz­ki” (dla­te­go uwiel­biam wy­ciecz­ki z tu­byl­ca­mi), spa­ce­rem prze­szli­śmy nad Wi­słok. Oko­li­ce rze­ki to zde­cy­do­wa­nie już no­we bu­dow­nic­two – blo­ko­wi­ska prze­ty­ka­ne biu­row­ca­mi i ga­le­ria­mi han­dlo­wy­mi. Sam Wi­słok nie zro­bił na mnie więk­sze­go wra­że­nia, ot rzecz­ka, bez cie­ka­wej pa­no­ra­my mia­sta. Faj­nie za­go­spo­da­ro­wa­ne są jed­nak je­go oko­li­ce. W oko­li­ca­ch mo­stu znaj­du­ją się wy­dzie­lo­ne miej­sca do jaz­dy na rol­ka­ch, de­sce, czy ro­we­rze i in­ne bo­iska. Wi­dać też, że po­dob­nie jak w War­sza­wie nad Wi­słą, nad Wi­sło­kiem moż­na za­go­spo­da­ro­wać też czas po­rą wie­czo­ro­wą 😉

Obraz 653

Po doj­ściu do rze­ki stwier­dzi­li­śmy, że upał na ty­le da­je się we zna­ki, że czas wró­cić na ry­nek sta­re­go mia­sta i orzeź­wić się chłod­nym na­po­jem wy­sko­ko­wym. Ry­nek, nad któ­rym gó­ru­je bu­dy­nek ra­tu­sza, za­sko­czył mnie z ko­lei ilo­ścią knajp, któ­re są wo­kół nie­go do­słow­nie upstrzo­ne jed­na obok dru­giej. Na sa­mym środ­ku ryn­ku znaj­du­je się stud­nia, któ­ra jak wy­tłu­ma­czy­ła mi Ju­sty­na, je­st rze­szow­skim od­po­wied­ni­kiem Ro­tun­dy, czy­li punk­tem orien­ta­cyj­nym do uma­wia­nia się 😉

Obraz 638

Obraz 648

Po ca­łym dniu jaz­dy sa­mo­cho­dem (mo­ja pierw­sza tak dłu­ga tra­sa ja­ko kie­row­cy) i cho­dze­nia po upa­le, pi­wo w cie­niu pa­ra­so­la sma­ko­wa­ło jak am­bro­zja. Tak też sma­ko­wa­ła gi­gan­tycz­na za­pie­kan­ka, któ­rą za­mó­wi­łam w jed­nym z pu­bów. Ce­ny, w po­rów­na­niu z tym, co mo­że­my za­stać na war­szaw­skiej Sta­rów­ce, by­ły na­praw­dę ni­skie. Po go­dzi­nie 19 tłum na ryn­ku za­czął gęst­nieć i co­raz trud­niej by­ło zna­leźć wol­ne miej­sce w ogród­ku ka­wiar­nia­nym. Przez na­ra­sta­ją­cy ha­łas, co­raz cię­żej by­ło też z roz­mo­wą, dla­te­go zde­cy­do­wa­li­śmy, że wra­ca­my do do­mu. Idąc na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy stwier­dzi­li­śmy, że w tak pięk­ny, let­ni wie­czór nie ma sen­su je­chać au­to­bu­sem, więc prze­szli­śmy tra­sę na Ba­ra­nów­kę (pra­wie 5 ki­lo­me­trów) pie­szo. Przy­zna­ję, że zwie­dza­nie Rze­szo­wa by­ło so­lid­nym przed­sma­kiem cho­dze­nia po gó­ra­ch i cho­dź już pierw­sze­go dnia ob­tar­łam so­bie sto­py, po­zna­łam Rze­szów od pod­szew­ki i zro­zu­mia­łam, że je­st na­praw­dę spo­rym mia­stem 😉

Obraz 649

Obraz 661

Iwo­ni­cz Zdrój:

Iwo­ni­cz Zdrój je­st od­da­lo­ny od Po­lań­czy­ka o 70 km i cho­dź po­cząt­ko­wo nie mie­li­śmy go od­wie­dzać, przy­szło mi do gło­wy, że sko­ro i tak ma­my zwie­dzić Sa­nok, mo­że­my po­je­chać 30 km da­lej i rzu­cić okiem na Iwo­ni­cz. Po­wód? W Iwo­ni­czu Zdro­ju je­st po­mnik i uli­ca, któ­rej pa­tro­nem je­st mój da­le­ki przo­dek Teo­dor To­ro­sie­wi­cz. Wstyd się przy­znać, ale o mo­ich ko­rze­nia­ch wiem ma­ło. Je­dy­ne co uwiel­biam pod­kre­ślać, to or­miań­ski ro­do­wód mo­jej ro­dzi­ny (na­zwi­sko To­ro­sy­an je­st po­dob­no jed­nym z czę­ściej uży­wa­ny­ch w Ar­me­nii). Nie­ste­ty nie zdą­ży­łam się do­wie­dzieć wie­le od mo­je­go ta­ty, czy dziad­ków o na­szej ro­dzi­nie, ale cią­gle obie­cu­ję so­bie, że w ra­ma­ch po­dró­ży za­cznę upra­wiać tu­ry­sty­kę ge­ne­alo­gicz­ną. Za­czę­łam więc od Iwo­ni­cza, w któ­rym uho­no­ro­wa­no Teo­do­ra – far­ma­ceu­tę i bal­ne­oche­mi­ka, czy­li ba­da­cza wód uzdro­wi­sko­wy­ch.

Obraz 540

Iwo­ni­cz Zdrój to miej­sco­wo­ść ty­po­wo ku­ra­cyj­na, ale prze­pięk­na, z pew­no­ścią war­ta od­wie­dze­nia, choć­by na chwi­lę. Z te­go, co do­wie­dzia­łam się, je­st to jed­no z naj­star­szy­ch pol­ski­ch uzdro­wi­sk, a pierw­sze wzmian­ki o Iwo­ni­czu w tym kon­tek­ście się­ga­ją 1578 ro­ku.

Obraz 585

Nie­ste­ty po­mi­mo świet­nej po­go­dy w cią­gu ca­łe­go wy­jaz­du, na zwie­dza­nie Iwo­ni­cza i Sa­no­ka przy­pa­dł nam desz­czo­wy dzień, więc nie po­świę­ci­li­śmy wie­le cza­su na przej­ście po mia­stecz­ku. Po wyj­ściu z sa­mo­cho­du od ra­zu po­czu­li­śmy kli­mat uzdro­wi­sko­wy – wśród za­bu­do­wy do­mi­nu­ją sa­na­to­ria i pi­jal­nie wo­dy. Ze wzglę­du na desz­cz na uli­ca­ch nie by­ło ab­so­lut­nie ży­we­go du­cha, jed­nak ta pust­ka w po­łą­cze­niu z wszech­obec­ną zie­le­nią i XIX wiecz­ny­mi drew­nia­ny­mi bu­dyn­ka­mi sa­na­to­riów, da­wa­ły nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie — zu­peł­nie jak­by­śmy cof­nę­li się w cza­sie. Przy­znam, że nie je­st to mia­stecz­ko, w któ­rym obec­nie chcia­ła­bym spę­dzić wię­cej niż je­den dzień, jed­nak do­pi­sa­łam je do li­sty „mu­st vi­sit” na eme­ry­tu­rze (o ile na nią odło­żę :p ).

Obraz 554

Obraz 564

Obraz 558

Po przej­ściu tej czę­ści mia­stecz­ka, w któ­rej znaj­du­ją się pi­jal­nie wo­dy, tra­fi­li­śmy na uli­cę Teo­do­ra To­ro­sie­wi­cza, któ­ra ku po­krze­pie­niu mo­jej próż­no­ści, oka­za­ła się być głów­ną uli­cą Iwo­ni­cza Zdro­ju. Po zro­bie­niu oko­ło stu pa­miąt­ko­wy­ch zdjęć, we­szli­śmy do po­ło­żo­ne­go nie­da­le­ko drew­nia­ne­go ko­ściół­ka, któ­ry spodo­bał nam się nie tyl­ko ze wzglę­du na uro­cze wnę­trze, ale i za­pa­ch sta­re­go drew­na. Zde­cy­do­wa­nie bra­ku­je mi za­pa­chu sta­ry­ch ko­ścio­łów w War­sza­wie.

Obraz 521

Obraz 555

Obraz 562

Iwo­ni­cz Zdrój opró­cz pięk­nej ar­chi­tek­tu­ry oka­zał się też wdzięcz­nym miej­scem do za­ku­pu pa­mią­tek, gdyż ich ce­na by­ła du­żo niż­sza niż w Po­lań­czy­ku. Zro­bi­łam za­tem pa­miąt­kę so­bie i ku­pi­łam czar­ną apasz­kę z tra­dy­cyj­nym pol­skim wzo­rem kwia­to­wym. Bę­dzie mi przy­po­mi­nać o Iwo­ni­czu je­sie­nią 😉

Sa­nok:

Z Iwo­ni­cza Zdro­ju ru­szy­li­śmy do Sa­no­ka. Pod­kar­pac­kie dro­gi z pew­no­ścią opi­szę sze­rzej w na­stęp­nym wpi­sie, ale z ca­łą mo­cą mo­gę stwier­dzić, że sta­no­wią dla kie­row­cy wy­zwa­nie – zu­peł­nie in­ne niż war­szaw­skie skrzy­żo­wa­nia.

Sa­nok re­kla­mo­wa­li mi wszy­scy zna­jo­mi, któ­rzy nie­daw­no by­li w ty­ch oko­li­ca­ch, dla­te­go mo­je ocze­ki­wa­nia by­ły do­syć du­że. Nie zwa­ża­jąc na le­ją­cy się co­raz moc­niej z nie­ba desz­cz, po za­par­ko­wa­niu w oko­li­ca­ch Zam­ku Kró­lew­skie­go w Sa­no­ku, dziar­skim kro­kiem ru­szy­li­śmy na ry­nek, gdzie za­sta­ła nas przy­gnę­bia­ją­ca pust­ka i dwie smut­ne re­stau­ra­cje. By­li­śmy więc je­dy­ny­mi tu­ry­sta­mi na ty­le zde­ter­mi­no­wa­ny­mi do zwie­dza­nia mia­sta w desz­czu. Szyb­kim kro­kiem prze­szli­śmy ulicz­ki od­cho­dzą­ce od ryn­ku i stwier­dzi­li­śmy, że to by by­ło na ty­le je­śli cho­dzi o, bar­dzo ład­ne skąd­inąd, Sta­re Mia­sto. Naj­bar­dziej spodo­bał mi się zno­wu sta­ry ko­ściół, tym ra­zem bę­dą­cy ele­men­tem za­ko­nu Fran­cisz­ka­nów.

Obraz 456

Obraz 494

Ja­ko, że po­ra nie by­ła jesz­cze obia­do­wa, a na­wet kurt­ka prze­ciw­desz­czo­wa za­czę­ła prze­ma­kać, we­szli­śmy do ka­wiar­ni, w któ­rej opró­cz do­bre­go ciast­ka po­zy­tyw­nie na­stro­ił nas pły­ną­cy z gło­śni­ków „Sen o War­sza­wie” Cze­sła­wa Nie­me­na. Po osu­sze­niu się i do­ła­do­wa­niu ka­lo­ria­mi, ru­szy­li­śmy na Za­mek, by od­wie­dzić mu­zeum ikon i ko­lek­cję prac zna­ne­go Sa­no­cza­ni­na – Zdzi­sła­wa Bek­siń­skie­go. Nie­ste­ty, za­li­czy­li­śmy or­ga­ni­za­cyj­ną wpad­kę. Oka­za­ło się, że w po­nie­dział­ki, jak to zwy­kle by­wa, mu­zeum je­st czyn­ne w in­ny­ch go­dzi­na­ch, tzn. tyl­ko do 12:00. Za­wie­dze­ni, mu­sie­li­śmy za­do­wo­lić się przej­ściem po mu­ra­ch obron­ny­ch, z któ­ry­ch moż­na by­ło zo­ba­czyć ład­ny wi­dok na San, spo­wi­te mgłą gó­ry i… Kau­fland :p

Obraz 468

Ja­ko, że zwie­dza­nie w tę po­go­dę skan­se­nu rów­nież od­pa­da­ło, po­sta­no­wi­li­śmy od­da­lić się lek­ko od sta­re­go mia­sta, po czym kie­ro­wać na obiad. Za­raz po od­da­le­niu się od Zam­ku ar­chi­tek­tu­ra Sa­no­ka nie je­st już tak im­po­nu­ją­ca, gdyż do­mi­nu­ją nie­ste­ty blo­ki.

To co jed­nak oka­za­ło się strza­łem ab­so­lut­nie w dzie­siąt­kę to obiad w re­stau­ra­cji „Sta­ry Kre­dens”, któ­ry po­le­ci­li nam zna­jo­mi. Je­st to re­stau­ra­cja, któ­ra prze­szła z po­zy­tyw­nym skut­kiem „Ku­chen­ne Re­wo­lu­cje” Mag­dy Ges­sler, więc już sam pla­kat z jej twa­rzą przy wej­ściu ku­sił każ­de­go pol­skie­go tu­ry­stę, kto prze­cho­dził obok (nie­któ­rzy na­wet ro­bi­li so­bie zdję­cia z tym pla­ka­tem, choć do sa­mej re­stau­ra­cji nie we­szli). Po­mi­mo tło­ku uda­ło nam się zna­leźć sto­lik. Wi­zy­tów­ką „Sta­re­go Kre­den­su” je­st gę­si­na, więc chcąc jej spró­bo­wać, a jed­no­cze­śnie po­zo­sta­jąc kon­ser­wa­tyw­ną w wy­bo­ra­ch za­mó­wi­łam pie­ro­gi z gę­si­ną, któ­re nie za­wio­dły mnie. Hi­tem jed­nak by­ła zu­pa czosn­ko­wa, a wła­ści­wie krem czosn­ko­wy z grzan­ka­mi – szcze­rze, daw­no nie ja­dłam cze­goś tak pysz­ne­go. Plu­sem re­stau­ra­cji by­ło tak­że przy­tul­ne i bez­pre­ten­sjo­nal­ne wnę­trze, a tak­że ce­ny: za dwie zu­py i dwa dru­gie da­nia oraz na­po­je za­pła­ci­li­śmy  oko­ło 70 zło­ty­ch. Nie­ste­ty ja­ko mi­nus moż­na za­li­czyć dłu­gi czas ocze­ki­wa­nia, ale uwierz­cie mi, że war­to.

Obraz 447

Obraz 506

Obraz 450

Prze­my­śl:

Prze­my­śl był ce­lem na­szej wy­ciecz­ki trze­cie­go dnia i spodo­bał nam się od pierw­sze­go wej­rze­nia, czy­li od wjaz­du do mia­sta dro­gą wzdłuż Sa­nu. Na­sz nad­gor­li­wy GPS za­pro­wa­dził nas z Po­lań­czy­ka do Prze­my­śla bar­dzo hu­mo­ry­stycz­ną tra­są, bie­gną­cą przez po­kry­te as­fal­to­wy­mi ser­pen­ty­na­mi szczy­ty gór i … tra­sę ro­we­ro­wą gre­en ve­lo, dla­te­go do mia­sta wje­cha­li­śmy z po­czu­ciem zwy­cię­stwa. To co po­do­ba­ło mi się i w Prze­my­ślu i w in­ny­ch mia­sta­ch, to brak pro­ble­mu z par­ko­wa­niem. Za każ­dym ra­zem uda­wa­ło mi się zo­sta­wić sa­mo­chód o krok od ryn­ku sta­re­go mia­sta, co w War­sza­wie gra­ni­czy z cu­dem.

Obraz 401

Obraz 389

Po przej­ściu kil­ku ulic, oka­za­ło się, że pierw­sze wra­że­nie nie by­ło błęd­ne i Prze­my­śl je­st na­praw­dę uro­czym mia­stem. Nie je­st mo­że tak za­dba­ny, jak Rze­szów i wie­le ka­mie­ni­czek je­st w kiep­skim sta­nie, wy­ma­ga­ją­cym re­mon­tu; ry­nek sta­re­go mia­sta je­st zaś bar­dzo spe­cy­ficz­ny (po­nie­kąd wi­dać to na zdję­cia­ch), jed­nak pięk­na sta­ra za­bu­do­wa nie ogra­ni­cza się do ryn­ku i ota­cza­ją­cy­ch go kil­ku ulic, tyl­ko cią­gnie du­żo da­lej niż ra­my sta­re­go mia­sta. Zwie­dza­nie mia­sta roz­po­czę­li­śmy od dwó­ch ko­ścio­łów oraz ar­chi­ka­te­dry gre­ko­ka­to­lic­kiej, któ­ra za­cie­ka­wi­ła mnie szcze­gól­nie.

Obraz 363

Obraz 357

Obraz 353

Ko­lej­ny­mi przy­stan­ka­mi na­szej wy­ciecz­ki po Prze­my­ślu by­ły — jak grzmia­ły fo­ra in­ter­ne­to­we — naj­lep­sze lo­dy w Pol­sce w ka­wiar­ni Fio­re i przy­pad­ko­wo od­wie­dzo­ny se­con­dhand. Lo­dy by­ły do­bre, ale szcze­rze mó­wiąc, o wie­le lep­sze ja­dam w War­sza­wie w lo­dziar­ni Ma­li­no­va. W se­con­dhan­dzie zaś ku­pi­łam su­kien­kę, o któ­rej pi­sa­łam Wam w prze­kro­ju sierp­nia i faj­ną kwia­to­wą bluz­kę Do­ro­thy Per­kins — jed­nym sło­wem, wi­zy­ta uda­na. Po czę­ści kon­sump­cyj­nej stwier­dzi­li­śmy, że z chę­cią zo­ba­czy­my jak pre­zen­tu­je się pa­no­ra­ma mia­sta wi­dzia­na znad Sa­nu. Spa­ce­rem do­szli­śmy do mo­stu, któ­rym prze­szli­śmy na dru­gą stro­nę za­cie­ka­wie­ni bar­dzo ład­nym po­mni­kiem Or­ląt Prze­my­ski­ch. Stam­tąd też roz­po­ście­ra­ła się bar­dzo ład­na pa­no­ra­ma mia­sta.

Obraz 331

Obraz 345

Obraz 329

Dal­szą czę­ść dnia spę­dzi­li­śmy na nie­spiesz­ny­ch spa­ce­ra­ch po Prze­my­ślu i obia­du w do­brej re­stau­ra­cji „Cu­da Wian­ki” przy ryn­ku Sta­re­go Mia­sta. Te­go sa­me­go dnia mie­li­śmy w pla­nie tak­że od­wie­dze­nie ta­my na Je­zio­rze So­liń­skim, więc nie spę­dzi­li­śmy w Prze­my­ślu ca­łe­go dnia. My­ślę jed­nak, że od­wie­dzę to mia­sto w przy­szło­ści, mo­że przy oka­zji wy­ciecz­ki do Lwo­wa, któ­rą pla­nu­ję od daw­na.

Obraz 316

Obraz 384

San­do­mie­rz:

Obraz 040

Obraz 025

Wra­ca­jąc z Po­lań­czy­ka nie mo­gli­śmy nie wstą­pić do San­do­mie­rza. Jak wspo­mi­na­łam Wam we wpi­sie 50 fak­tów o nas, je­stem fan­ką se­ria­lu „Oj­ciec Ma­te­usz”. Choć każ­dy, kto oglą­da ten se­rial wie, że w San­do­mie­rzu trup się ście­le gę­sto, mia­sto, a wła­ści­wie mia­stecz­ko, bo li­czy za­le­d­wie 24 ty­sią­ce miesz­kań­ców, zro­bi­ło na nas po­zy­tyw­ne wra­że­nie, choć spę­dzi­li­śmy w nim za­le­d­wie 3 go­dzi­ny. Ja­ko, że by­li­śmy bar­dzo głod­ni, zwie­dza­nie za­czę­li­śmy od obia­du, na któ­ry po­szli­śmy do ma­ją­cej bar­dzo do­bre re­cen­zje w In­ter­ne­cie re­stau­ra­cji Bi­stro Pod­wa­le. Ja­ko, że je­st ona od­da­lo­na o kil­ka mi­nut spa­ce­ru od ryn­ku, opu­ści­li­śmy gwar­ne sta­re mia­sto i po zej­ściu w dół szli­śmy zie­lo­nym pod­wa­lem. Z tej per­spek­ty­wy mia­sto wy­da­ło się jesz­cze przy­jem­niej­sze. Re­stau­ra­cja nas nie za­wio­dła i po­si­le­ni wdra­pa­li­śmy się z po­wro­tem na wzgó­rze, na któ­rym po­ło­żo­ne je­st sta­re mia­sto. My­ślę, że San­do­mie­rz je­st ide­al­nym miej­scem na ro­man­tycz­ny week­en­do­wy wy­pad. Na ryn­ku by­ło bar­dzo wie­lu tu­ry­stów, ale nie ode­bra­ło to uro­ku ma­łe­go, ale uro­cze­go mia­stecz­ka. Dla mnie ja­ko fa­na „Oj­ca Ma­te­usza” szcze­gól­nie cie­ka­we by­ło roz­glą­da­nie się za zna­ny­mi z se­ria­lu miej­sca­mi. Za­sko­czył mnie jed­nak brak na­wią­zań do se­ria­lu, choć ilo­ść tu­ry­stów wska­zu­je na to, że pro­mo­cja nie je­st mia­stu po­trzeb­na 😉

Obraz 054

Obraz 004

Obraz 021

Za­rów­no cho­dząc po od­wie­dzo­ny­ch na Pod­kar­pa­ciu mia­sta­ch, jak i oglą­da­jąc zdję­cia, mam po­czu­cie, że ma­ją one w so­bie coś z wło­skie­go nie­spiesz­ne­go de­lek­to­wa­nia się chwi­lą. Je­śli chce­cie za­tem po­rząd­nie od­po­cząć, a przy tym zwie­dzić miej­sca z bo­ga­tą hi­sto­rią, po­le­cam Wam Pod­kar­pa­cie. Na tym po­le­ca­nie za­koń­czę, bo nie­ba­wem mój dru­gi wpis, tym ra­zem sku­pio­ny na bo­ski­ch Biesz­cza­da­ch!

do zo­ba­cze­nia!

Aga­ta

więcej tekstów: Agata