Recenzja książki „Szczęście. Poradnik dla pesymistów”

Każ­dy kto kie­dy­kol­wiek był ze mną w księ­gar­ni wie jak trud­no mnie stam­tąd wy­cią­gnąć. Mo­gę tkwić przy pół­ka­ch w nie­skoń­czo­no­ść, ale mam ja­kieś ta­kie szczę­ście, że naj­lep­sze książ­ki tra­fia­ją mi się przy­pad­kiem. W su­mie mo­gła­bym to stwier­dze­nie roz­sze­rzyć na naj­lep­sze rze­czy w ży­ciu, ale zo­sta­nę tym ra­zem przy kli­ma­ta­ch ty­po­wo czy­tel­ni­czy­ch i sku­pię się na mo­im naj­now­szym od­kry­ciu..

Jak być mo­że wie­cie (je­śli czy­ta­li­ście mo­je daw­ne po­sty o tym co my­ślę na te­mat co­achów mo­ty­wa­cyj­ny­ch i ksią­żek z pół­ki „jak żyć pro­szę pa­na”) nie­na­wi­dzę i uwa­żam za to­tal­ną głu­po­tę te wszyst­kie pseu­do­głę­bo­kie ra­dy jak osią­gnąć suk­ces i szczę­ście, a jak sły­szę że mu­szę ko­niecz­nie na­tych­mia­st wyj­ść ze stre­fy kom­for­tu to mam ocho­tę wyj­ść z sie­bie. No do­bra, tro­chę dra­ma­ty­zu­ję. Ale ro­zu­mie­cie — po pro­stu śmie­szy mnie i że­nu­je ta wszech­obec­na mo­ty­wa­cyj­na rą­ban­ka w sty­lu koł­cza Grze­sia­ka. I tak so­bie na­pi­sa­łam naj­pierw o je­dy­nym po­rad­ni­ku ja­ki uzna­ję za god­ny prze­czy­ta­nia, a po­tem o to­tal­nej nie­sku­tecz­no­ści ba­jek dla do­ro­sły­ch, opar­ty­ch na psy­cho­lo­gicz­nym mam­bo dżam­bo.

Te­mat uzna­łam za za­koń­czo­ny, aż tu na­gle przy­pad­kiem za­wie­si­łam oko na książ­ce, któ­ra cał­ko­wi­cie nie za­chę­ca ty­tu­łem: „Szczę­ście. Po­rad­nik dla pe­sy­mi­stów”. Nie za­chę­ca z dwó­ch cał­kiem kon­kret­ny­ch po­wo­dów. Po pierw­sze, wi­dzę tam sło­wo „po­rad­nik”, na któ­re wie­cie już jak re­agu­ję*, a po dru­gie, ca­łe ży­cie uwa­ża­łam sie­bie za opty­mist­kę, cho­ciaż mie­wa­łam mo­men­ty zwąt­pie­nia i cza­sa­mi jed­nak po­dej­rze­wa­łam się o zdro­wy roz­są­dek. Na szczę­ście pro­wa­dzę blo­ga, więc uzna­łam, że zo­ba­czę czy mo­że coś cie­ka­we­go da się z no­we­go od­kry­cia wy­ci­snąć, choć­by to mia­ło być tyl­ko na­rze­ka­nie.

.

Szczęście. Poradnik dla pesymistów. Oliver Burkeman

.

Oka­za­ło się, że zna­la­złam w oso­bie au­to­ra po­krew­ną du­szę je­śli cho­dzi o dy­stans do te­ma­tu mo­ty­wa­cji i twar­de stą­pa­nie po zie­mi. To lu­bię! Oli­ver Bur­ke­man wcią­gnął mnie cał­ko­wi­cie — czas przy książ­ce spę­dzi­łam al­bo po­ta­ku­jąc mu z uzna­niem, al­bo par­ska­jąc śmie­chem.

*to nie je­st tak, że ja nie uzna­ję w ogó­le ja­kich­kol­wiek po­rad­ni­ków, cho­dzi mi głów­nie o te „ży­cio­we”, z mą­dro­ścia­mi, do któ­ry­ch każ­dy sam po­wi­nien doj­ść mniej wię­cej po ukoń­cze­niu gim­na­zjum al­bo o te, któ­re obie­cu­ją, że zmie­nią mo­je ży­cie. Przy­naj­mniej do na­stęp­ne­go wy­da­nia.

Za­wsze fa­scy­no­wa­ło mnie pra­wo od­wró­co­ne­go wy­sił­ku. Gdy pró­bu­je­sz utrzy­mać się na po­wierzch­ni wo­dy, to­nie­sz; le­cz kie­dy sta­ra­sz się za­to­nąć, wy­pły­wa­sz… Nie­pew­no­ść je­st wy­ni­kiem za­bie­ga­nia o pew­no­ść. I od­wrot­nie — oca­lić i utrzy­mać przy zdro­wy­ch zmy­sła­ch mo­że nas ka­te­go­rycz­ne przy­zna­nie, iż nie ma dla nas ra­tun­ku” Alan Wat­ts — cy­tat z książ­ki

Ge­ne­ral­nie au­to­ro­wi cho­dzi o to, że kult opty­mi­zmu, któ­ry w tej chwi­li je­st już prze­my­słem i do­brym biz­ne­sem, tak na­praw­dę nie ma sen­su. Ba, mo­że się oka­zać (i czę­sto się oka­zu­je) po pro­stu szko­dli­wy. Że pa­ra­dok­sal­nie, go­niąc za szczę­ściem za wszel­ką ce­nę, ła­twiej wpa­ść w roz­pa­cz i sta­ny lę­ko­we, niż gdy ma­my do wszyst­kie­go zdro­wy dy­stans. Bur­ke­man na wła­snej skó­rze prze­te­sto­wał róż­ne po­dej­ścia do te­ma­tu — łącz­nie z tym, że po­świę­cił się i wziął udział w spo­tka­niu z gu­ru mo­ty­wa­cyj­nym Ro­ber­tem Schul­le­rem, któ­re zresz­tą opi­sał w bar­dzo za­baw­ny spo­sób, ide­al­nie punk­tu­jąc wszel­kie idio­ty­zmy. Na­wia­sem mó­wiąc — Schul­ler za­ło­żył wła­sny ko­ściół, ale mo­ty­wa­cja nie­ste­ty nie po­mo­gła i po ja­kimś cza­sie ogło­sił ban­kruc­two.

Au­tor świet­nie punk­tu­je sła­bo­ści w fi­lo­zo­fii tak­że in­ny­ch „au­to­ry­te­tów”, ta­ki­ch jak Brian Tra­cy czy Nor­man Pe­ale. Je­stem cał­ko­wi­cie pew­na, że nie ma ani jed­nej oso­by, któ­ra po prze­czy­ta­niu ich po­rad­ni­ków czy uczest­nic­twie w spo­tka­nia­ch z ni­mi, trwa­le zmie­ni­ła swo­je ży­cie, za­czę­ła za­ra­biać mi­lio­ny i prze­sta­ła ku­po­wać ko­lej­ne śmie­cio­we be­st­sel­le­ry w na­dziei na lep­szą przy­szło­ść. Mo­gę za­ło­żyć się o co tyl­ko chce­cie.

.

Szczęście. Poradnik dla pesymistów. Oliver Burkeman
.

Po­rad­nik pe­sy­mi­stów” nie po­le­ga na wy­śmie­wa­niu się z chę­ci re­ali­za­cji ja­kichś ce­lów w ży­ciu, ale po­ka­zu­je, że mą­dre ży­cie je­st pro­ste, cho­ciaż nie za­wsze ła­twe. Bu­ker­man od­no­si się mię­dzy in­ny­mi, do fi­lo­zo­fii sto­ików tłu­ma­cząc, że za­mia­st eks­ta­tycz­ne­go opty­mi­zmu, war­to pró­bo­wać osią­gnąć zwy­kły spo­kój i że to lep­sze niż opie­ra­nie się za wszel­ką ce­nę na kru­chym szczę­ściu. Le­piej kon­tro­lo­wać swo­je po­dej­ście do za­sta­nej sy­tu­acji, bo tak na­praw­dę tyl­ko to mo­że­my zro­bić, niż sku­piać się na bez­owoc­nym roz­pa­cza­niu nad oko­licz­no­ścia­mi, na któ­re nie ma­my wpły­wu.

Au­tor nie na­ma­wia jed­nak do bier­no­ści i ne­ga­tyw­ne­go na­sta­wie­nia do ży­cia — cho­dzi o za­cho­wa­nie re­ali­zmu i zdro­we­go roz­sąd­ku. To po­ma­ga w osią­gnię­ciu suk­ce­su o wie­le bar­dziej niż za­fik­so­wa­nie się na ab­sur­dal­nie za­wy­żo­ny­ch ce­la­ch i wma­wia­nie so­bie, że nie osią­gnę­ło się ich jesz­cze tyl­ko dla­te­go, że za ma­ło się je wi­zu­ali­zo­wa­ło. Trze­ba więc wi­zu­ali­zo­wać (i wy­da­wać na co­achów) jesz­cze wię­cej. Za­mia­st te­go Bur­ke­man się­ga do kla­sycz­ne­go po­dej­ścia do po­szu­ki­wa­nia spo­so­bu na do­bre ży­cie — od wspo­mnia­ny­ch sto­ików, przez bud­dy­zm aż do śre­dnio­wiecz­ne­go me­men­to mo­ri. I ma ra­cję — z każ­de­go z ty­ch nur­tów moż­na czer­pać in­spi­ra­cję do ra­dze­nia so­bie z prze­ciw­no­ścia­mi.

 „Po­rad­nik” je­st też tro­chę jak re­por­taż lub dzien­ni­kar­skie śledz­two, w któ­rym au­tor na sa­mym so­bie spraw­dza me­to­dy na osią­gnię­cie szczę­ścia, ta­kie jak na przy­kład spę­dze­nie ty­go­dnia na me­dy­ta­cji w za­gu­bio­nym gdzieś w le­sie ośrod­ku. Opi­sy je­go prze­żyć przy­po­mi­na­ją do­brą po­wie­ść. Po­za tym, po­do­ba mi się to, że przy­to­czył spo­ro ba­dań na­uko­wy­ch, któ­re oba­la­ją bzdur­ki wma­wia­ne przez mo­ty­wa­cyj­ny­ch biz­nes­me­nów swo­im wy­znaw­com — do­wie­cie się na przy­kład dla­cze­go afir­ma­cje mo­gą bar­dziej szko­dzić niż po­ma­gać al­bo czy wi­zu­ali­zo­wa­nie so­bie osta­tecz­ne­go suk­ce­su na­praw­dę mo­ty­wu­je do ru­sze­nia się z miej­sca.

W książ­ce je­st tro­chę fi­lo­zo­fo­wa­nia, ale bar­dzo przy­stęp­ne­go i okra­szo­ne­go bry­tyj­skim hu­mo­rem. Czy­ta się ją szyb­ko, ale zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ży do lek­tur po­zba­wio­ny­ch tre­ści.

Je­śli cho­dzi o spra­wy po­wierz­chow­ne to nie umknę­ło mo­jej uwa­dze, że książ­ka je­st bar­dzo przy­jem­nie wy­da­na. Jak wi­dać okład­ka de­dy­ko­wa­na pe­sy­mi­stom nie mu­si być po­nu­ra 😉

Cóż! Chy­ba nad­sze­dł czas że­bym po­rzu­ci­ła mój opty­mi­zm 😉

.

Pau­li­na

więcej tekstów: Paulina

  • go­sc

    kult opty­mi­zmu, któ­ry w tej chwi­li je­st już prze­my­słem i do­brym biz­ne­sem, tak na­praw­dę nie ma sen­su.”
    Pięk­nie uję­te i tak praw­dzi­we pa­trząc na wie­lu mło­dy­ch lu­dzi dzi­siaj