Skóra pełna blasku — Harold Lancer

Skóra pełna blasku Lancer

Ma­ło kto nie chciał­by być pięk­ny. Próż­no­ść je­st zna­kiem na­szy­ch cza­sów. Wie­rzę, że są lu­dzie, któ­rym na tym nie za­le­ży, ale ra­czej każ­dy wo­lał­by wy­glą­dać le­piej niż go­rzej. Tym bar­dziej, że ży­je­my w do­bie kul­tu­ry ob­raz­ko­wej i chcąc nie chcąc, na każ­dym kro­ku sty­ka­my się z kul­tem mło­do­ści i nie­ska­zi­tel­ne­go wy­glą­du. I do­brze, cze­mu ni­by nie mie­li­by­śmy ko­rzy­stać z wie­lu moż­li­wo­ści ja­kie dał nam roz­wój prze­my­słu ko­sme­tycz­ne­go i me­dy­cy­ny? Nic dziw­ne­go, że z każ­dej stro­ny za­le­wa­ją nas in­for­ma­cje na te­mat pie­lę­gna­cji skó­ry i zdro­we­go try­bu ży­cia. W związ­ku z tym, że w in­ter­ne­cie je­st bar­dzo wie­le sprzecz­ny­ch wska­zó­wek i mi­tów, po­sta­no­wi­łam się­gnąć po książ­kę „Skó­ra peł­na bla­sku”, któ­ra zo­sta­ła na­pi­sa­na przez der­ma­to­lo­ga. W koń­cu, spe­cja­li­sta wie co mó­wi.

Ha­rold Lan­cer we­dług okład­ko­wej in­for­ma­cji je­st der­ma­to­lo­giem z kil­ku­dzie­się­cio­let­nim sta­żem. Ukoń­czył stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim, od­był też staż w Tel Awi­wie i w Lon­dyń­skim In­sty­tu­cie Der­ma­to­lo­gii. Pa­cjen­tów przyj­mu­je w swo­jej kli­ni­ce w Be­ver­ly Hil­ls, mo­że­cie się więc do­my­ślać ja­ka klien­te­la go od­wie­dza. Do­dam je­dy­nie, że zaj­mu­je się mię­dzy in­ny­mi li­cem sa­mej Kim Kar­da­shian.

W swo­jej książ­ce, dr Lan­cer opi­sał opra­co­wa­ną przez sie­bie me­to­dę, któ­rą po­noć sto­su­ją hol­ly­wo­odz­kie gwiaz­dy. Nie bę­dę ro­bi­ła ta­jem­ni­cy — cho­dzi o to, że skó­ra ma moż­li­wo­ść au­to­re­ge­ne­ra­cji. Pies je­st po­grze­ba­ny w jej pręd­ko­ści. W młod­szym wie­ku za­cho­dzi to szyb­ciej, a w star­szym du­żo wol­niej. Ty­le. Ca­ły se­kret. Au­tor twier­dzi, że dzię­ki od­po­wied­nie­mu wy­ko­rzy­sta­niu tej wła­ści­wo­ści skó­ry, DA SIĘ cof­nąć skut­ki sta­rze­nia. Że­by to osią­gnąć trze­ba oczy­wi­ście sto­so­wać za­sa­dy pie­lę­gna­cji, któ­re opi­su­je.

Ty­le do­wia­du­je­my się na po­cząt­ku. Nie wiem czy Was to prze­ko­nu­je, ale i tak war­to czy­tać tę książ­kę da­lej. Je­st tam bo­wiem ca­ła ko­pa­nia usys­te­ma­ty­zo­wa­nej wie­dzy na te­mat sa­me­go pro­ce­su utra­ty mło­dzień­czej wi­tal­no­ści. Wy­tłu­ma­czo­ne je­st jak i dla­cze­go to się dzie­je, co je­st nor­mal­ne w ja­kim wie­ku, a tak­że co ro­bić, by skó­ra nie ze­sta­rza­ła się przed­wcze­śnie.

Lan­cer da­je nam wska­zów­ki jak sto­so­wać je­go me­to­dę z uwzględ­nie­niem pro­ble­mów i ce­ch skó­ry — osob­ny roz­dział znaj­dą oso­by z trą­dzi­kiem, al­bo ma­ją­ce wy­jąt­ko­wo wraż­li­wą ce­rę. Pod uwa­gę wzię­ty je­st na­wet ko­lor kar­na­cji — od bar­dzo ja­snej do zu­peł­nie czar­nej.

Skóra pełna blasku Lancer

Czę­sto zda­rza się, że le­ka­rze ma­ją róż­ne opi­nie. Ni­by ba­da­ją tę sa­mą dzie­dzi­nę ży­cia, ale wy­ni­ki są zgo­ła in­ne. Nie ina­czej je­st z dr. Lan­ce­rem, któ­ry po­da­je cza­sa­mi in­for­ma­cje cał­kiem nie­stan­dar­do­we, np. we­dług nie­go, skó­ra o któ­rą dba się w od­po­wied­ni spo­sób, sa­ma po­tra­fi za­cho­wać od­po­wied­nie pH i wca­le nie trze­ba jej to­ni­zo­wać. Przy­zna­cie, że nie je­st to po­pu­lar­ny po­gląd. A mo­że to po pro­stu ja na­po­ty­kam za du­żo re­klam to­ni­ków?

W książ­ce po­do­ba mi się też to, że je­st tam bar­dzo du­żo wie­dzy bio­lo­gicz­nej, za­ser­wo­wa­nej w bar­dzo przy­stęp­ny spo­sób. Znaj­dzie­cie nie tyl­ko (tro­chę nud­na­wy) prze­krój skó­ry, opis tem­pa jej re­ge­ne­ra­cji czy omó­wie­nie tka­nek, ale też in­for­ma­cje o tym na ja­kiej za­sa­dzie, ten naj­więk­szy or­gan w ludz­kim cie­le, za­trzy­mu­je na­wil­że­nie i ja­ki wpływ na je­go wy­gląd ma­ją hor­mo­ny. Dr Lan­cer tłu­ma­czy też jak roz­po­znać czer­nia­ka i ja­ki je­st wpływ drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go na pro­ce­sy, któ­re prze­cho­dzi na­sza skó­ra. To je­st na­praw­dę cie­ka­we!

Me­to­da opi­sy­wa­na w książ­ce do­ty­czy nie tyl­ko twa­rzy. Au­tor wy­ja­śnia też, jak we­dług nie­go po­win­ny­śmy pie­lę­gno­wać cia­ło. Uwzględ­nił po­dział na po­szcze­gól­ne je­go par­tie z za­zna­cze­niem miej­sc szcze­gól­nie pro­ble­ma­tycz­ny­ch.

Bar­dzo po­do­ba mi się pro­po­zy­cja ho­li­stycz­ne­go po­dej­ścia do dba­nia o sie­bie. Lan­cer pi­sze, że klu­czem do suk­ce­su nie je­st tyl­ko zmy­wa­nie ma­ki­ja­żu i uży­wa­nie ko­sme­ty­ków, ale też styl ży­cia. Książ­ka za­wie­ra du­żo in­for­ma­cji na te­mat wpły­wu die­ty na pro­ble­my z ce­rą. Są w niej li­sty pro­du­ków, któ­ry­ch po­win­no się uni­kać w za­le­zno­ści od te­go co nas ak­tu­al­nie drę­czy. Spo­ro je­st też o spo­rcie i o wpły­wie stre­su na przed­wcze­sne sta­rze­nie. Faj­nym, prak­tycz­nym uzu­peł­nie­niem książ­ki je­st opis za­bie­gów der­ma­to­lo­gicz­ny­ch i ca­ła ma­sa przy­kła­dów wzię­ty­ch z ży­cia pa­cjen­tów au­to­ra.

Dr Lan­cer pi­sze, że nie wszyst­kie ko­sme­ty­ki ma­ją do­bry wpływ na swo­ich użyt­kow­ni­ków i po­da­je li­stę skład­ni­ków, któ­ry­ch na­le­ży szu­kać w skła­da­ch, a tak­że ta­ki­ch, któ­ry­ch le­piej uni­kać. Przy każ­dym aspek­cie opi­su­ją­cym je­go me­to­dę, wy­mie­nio­ne są przy­kła­do­we ko­sme­ty­ki, któ­re we­dług nie­go dzia­ła­ją naj­sku­tecz­niej. Po­dzie­lo­ne są na kil­ka grup ce­no­wy­ch. Na koń­cu książ­ki znaj­du­je się też wy­kaz pol­ski­ch ko­sme­ty­ków, któ­re po­le­ca.
Ale wie­cie, w ta­kie rze­czy to ja nie wie­rzę. Pew­nie li­sta je­st za­spon­so­ro­wa­na przez pro­du­cen­tów, któ­rzy chcie­li się za­re­kla­mo­wać pod­pie­ra­jąc się au­to­ry­te­tem le­ka­rza hol­ly­wo­odz­ki­ch gwiazd.

I tu na za­koń­cze­nie, do­tar­łam do jed­nej rze­czy, któ­ra mnie od po­cząt­ku w tej książ­ce de­li­kat­nie ra­zi­ła. Czy­ta­jąc, mia­łam co ja­kiś czas wra­że­nie, że to po pro­stu re­kla­ma le­ka­rza i li­nii ko­sme­ty­ków sy­gno­wa­nej je­go na­zwi­skiem. Wie­le ra­zy pod­kre­ślał, że je­go pa­cjen­ci to zna­ne oso­by, któ­ry­ch twa­rze są na wszyst­ki­ch moż­li­wy­ch okład­ka­ch, al­bo ja­cyś tam in­ni pro­du­cen­ci mu­zycz­ni czy po­li­ty­cy. W su­mie do­brze, sko­ro osią­gnął ta­ki suk­ces, to nie ma po­wo­du że­by się nim nie po­chwa­lić. Tym bar­dziej, że ufa­ją mu lu­dzie, któ­ry­ch pra­ca po­le­ga na wy­glą­da­niu do­brze. Z dru­giej stro­ny, da się wy­czuć, że ta pie­rzyn­ka de­li­kat­ne­go lan­si­ku je­st wła­śnie po to, że­by czy­tel­ni­ko­wi za­chcia­ło się za­pu­kać do drzwi je­go ga­bi­ne­tu. I chęt­nie bym to zro­bi­ła, ale mam trosz­kę za da­le­ko.

Dok­tor Lan­cer nie obie­cu­je nam, że się nie ze­sta­rze­je­my. Da­je po pro­stu ra­dy, co ro­bić że­by na­sza ce­ra bi­ła tym ty­tu­ło­wym bla­skiem, wy­glą­da­jąc naj­le­piej jak mo­że. Nie­mniej jed­nak, po­le­cam Wam je­go książ­kę, bo to je­st kom­pen­dium wie­dzy, któ­re roz­ja­śnia co nie­co w gło­wie i war­to je mieć pod rę­ką. I zdra­dzę Wam jesz­cze, że da­je du­żą mo­ty­wa­cję do jesz­cze bar­dziej sta­ran­ne­go dba­nia o swo­ją skó­rę.

więcej tekstów: Paulina