Recenzja kremu Hydraphase Intense Riche firmy La Roche – Posay

Te­raz czas na mo­je wra­że­nia z te­sto­wa­nia ko­sme­ty­ku 🙂 W prze­ci­wień­stwie do Pau­li­ny nie mam ce­ry su­chej, le­cz mie­sza­ną z du­żą ten­den­cją do świe­ce­nia się. Nie­ste­ty ca­ły pro­blem w jej pie­lę­gna­cji po­le­ga na tym, że je­stem aler­gi­kiem i wie­le kre­mów, szcze­gól­nie ty­ch ma­tu­ją­cy­ch, prze­zna­czo­ny­ch do ce­ry tłu­stej i mie­sza­nej, uczu­la mnie lub po­draż­nia skó­rę. Dla­te­go czę­sto się­gam po kre­my prze­zna­czo­ne do ce­ry wraż­li­wej. Zde­cy­do­wa­łam się na prze­te­sto­wa­nie kre­mu Hy­dra­pha­se In­ten­se Ri­che fir­my La Ro­che – Po­say mi­mo, że je­st prze­zna­czo­ny do skó­ry su­chej, jed­nak je­st rów­nież de­dy­ko­wa­ny oso­bom ze skó­rą wraż­li­wą. Za­wsze mia­łam do­bre wra­że­nia je­śli cho­dzi o ko­rzy­sta­nie z ko­sme­ty­ków tej mar­ki. Nie ukry­wam tak­że, że sto­su­ję kil­ka ra­zy w ty­go­dniu za­rów­no do­syć moc­ne se­rum ko­ry­gu­ją­ce do ce­ry mie­sza­nej i tłu­stej, jak i pe­eling en­zy­ma­tycz­ny, w związ­ku z czym sta­ram się uży­wać de­li­kat­ny­ch kre­mów na­wil­ża­ją­cy­ch, tak by dać skó­rze tro­chę ode­tchnąć 😉

Z opa­ko­wa­nia wy­ni­ka, że for­mu­ła kre­mu wzbo­ga­co­na je­st w „Kwas Hia­lu­ro­no­wy dla po­trój­ne­go dzia­ła­nia: in­ten­syw­ne­go na­wil­że­nia i na­sy­ce­nia skó­ry wo­dą, wzmoc­nie­nia po­łą­czeń mię­dzy­ko­mór­ko­wy­ch, aby dłu­go­trwa­le wią­zać wo­dę w skó­rze. Re­zul­ta­ty: in­ten­syw­ne na­wil­że­nie do 48 h.” Jak to wy­glą­da w prak­ty­ce?

Je­śli cho­dzi o dzia­ła­nie kre­mu to spraw­dził się u mnie bar­dzo do­brze. Ma lek­ką kon­sy­sten­cję i szyb­ko się wchła­nia, w związ­ku z czym ide­al­nie na­da­je się do sto­so­wa­nia na dzień, przed na­ło­że­niem pod­kła­du. Mo­ja skó­ra za­re­ago­wa­ła na nie­go bar­dzo po­zy­tyw­nie – nie po­ja­wi­ły się żad­ne za­czer­wie­nie­nia, pie­cze­nie, czy krost­ki. Z na­tu­ry bar­dzo du­żą uwa­gę zwra­cam na za­pa­ch (nie tyl­ko w przy­pad­ku ko­sme­ty­ków :p ), więc jak­kol­wiek (jak słusz­nie stwier­dzi­ła Pau­li­na), aro­ma­ty czę­sto po­wo­du­ją po­draż­nie­nia skó­ry, to de­li­kat­ny i świe­ży za­pa­ch kre­mu spra­wia, że mi­lej się go sto­su­je 🙂

Pro­du­cent obie­cu­je, że skó­ra bę­dzie in­ten­syw­nie na­wil­żo­na przez 48 go­dzin. Rze­czy­wi­ście od­kąd sto­su­ję krem, na­wet po umy­ciu i osu­sze­niu twa­rzy nie mam uczu­cia ścią­gnię­tej skó­ry. Po na­ło­że­niu pro­duk­tu czuć, że skó­ra je­st gład­sza i ela­stycz­niej­sza, a dzię­ki te­mu, że krem je­st lek­ki, nie za­py­cha po­rów. Je­śli cho­dzi o błysz­cze­nie skó­ry, to mu­szę przy­znać, że ani się nie zwięk­szy­ło, ani nie zmniej­szy­ło, po pro­stu je­st tak jak wcze­śniej, dla­te­go w cią­gu dnia ra­tu­ją mnie bi­buł­ki ma­tu­ją­ce. Nie­ste­ty mo­ja ce­ra je­st do­syć opor­na i nie dzia­ła­ją na nią ani kre­my ma­tu­ją­ce (któ­re tak jak na­pi­sa­łam wy­żej rów­nież czę­sto ją po­draż­nia­ły), ani pod­kła­dy ma­tu­ją­ce, ani na­wet syp­ki pu­der. Nie je­stem ta­kim znaw­cą i pa­sjo­na­tem roz­szy­fro­wy­wa­nia skła­dów ko­sme­ty­ków jak Pau­li­na, jed­nak in­for­ma­cja, że w skła­dzie kre­mu nie ma pa­ra­be­nów je­st dla mnie za­wsze plu­sem ;p

Je­śli cho­dzi o mi­nu­sy kre­mu to na­le­ży do ni­ch opa­ko­wa­nie. Po pierw­sze — za­wie­ra pomp­kę, a to nie­ste­ty za­wsze mnie iry­tu­je, bo mam wra­że­nie, że po­ło­wa ko­sme­ty­ku zo­sta­je w środ­ku. Po dru­gie – je­st ono tak skon­stru­owa­ne, że sta­wia­jąc krem na za­kręt­ce, pomp­ka je­st od­wró­co­na do gó­ry no­ga­mi, w związ­ku z czym my­ślę, że z cza­sem cięż­ko bę­dzie wy­ci­snąć reszt­ki kre­mu z opa­ko­wa­nia. Ni­by ma­łe rze­czy, ale jed­nak 😉

Pod­su­mo­wu­jąc – oce­niam krem na du­ży plus za lek­ką kon­sy­sten­cję, wy­czu­wal­ne na­wil­że­nie, brak po­draż­nie­nia skó­ry i mi­ły za­pa­ch. Na mi­nus je­st je­go opa­ko­wa­nie, ale je­stem w sta­nie je za­ak­cep­to­wać przy ogól­nym do­brym wra­że­niu, ja­kie na mnie zro­bił 🙂

ści­skam,

Aga­ta

więcej tekstów: Agata