Najbardziej przereklamowane kosmetyki

Są ta­kie ko­sme­ty­ki, któ­re wi­dzi się do­słow­nie wszę­dzie. Na blo­ga­ch, w ze­sta­wie­nia­ch hi­tów ko­sme­tycz­ny­ch na bab­ski­ch por­ta­la­ch, ja­ko hi­ty na KWC czy na You Tu­bie. Pa­trzy so­bie czło­wiek na nie, pa­trzy i na­gle sły­szy w gło­wie co­raz śmiel­szy gło­sik, że też by chciał. Bo po­dob­no naj­lep­sze, kul­to­we i nie da się na ni­ch za­wie­ść.

Fak­tycz­nie, czę­sto tak je­st. Wie­le pro­duk­tów, któ­re są okrzy­cza­ne bar­dzo mi pod­pa­so­wa­ło i cie­szę się, że o ni­ch usły­sza­łam. By­wa też i tak, że czy­tam re­cen­zję ja­kie­goś ko­sme­ty­ku i nie wie­rzę, że uży­wa­łam te­go sa­me­go. Ja­sne, wy­ni­ka to przede wszyst­kim ze zna­ne­go każ­de­mu fak­tu, że co bę­dzie do­bre dla jed­nej oso­by, nie­ko­niecz­nie spraw­dzi się u in­nej. Ale nie tyl­ko. Kul­to­wo­ść je­st też wy­ni­kiem re­kla­my, al­bo te­go, że nie­któ­rzy, gdy wy­da­dzą kil­ka stów na nie do koń­ca faj­ny pro­dukt, wo­lą so­bie wmó­wić, że mi­mo wszyst­ko by­ło war­to. Ja­ko że ko­sme­ty­ki uwiel­biam i chęt­nie te­stu­ję, ale rze­czy­wi­sto­ści za­kli­nać nie za­mie­rzam, po­sta­no­wi­łam je tro­chę od­cza­ro­wać. Po­ni­żej znaj­dzie­cie naj­bar­dziej prze­re­kla­mo­wa­ne ko­sme­ty­ki ja­kie mam. Nie mó­wię, że są złe, no mo­że po­za jed­nym. Więk­szo­ści z ni­ch uży­wam z nie­złym skut­kiem, ale uwa­żam, że nie są war­te ani swo­jej sła­wy, ani ty­lu pol­ski­ch zło­ty­ch ile za nie żą­da­ją.

 

przereklamowane kosmetyki

.

Cha­nel les be­iges he­al­thy glow
Ża­łu­ję, że go ku­pi­łam. To nie je­st zły pu­der, ale ja­kiś ge­nial­ny też nie. Je­go za­da­niem je­st de­li­kat­ne roz­świe­tle­nie twa­rzy i od­świe­że­nie wy­glą­du. Ni­by tak się dzie­je, ale przy oka­zji pod­kre­śla wszyst­kie moż­li­we wło­ski i su­che skór­ki, któ­re nor­mal­nie są nie­wi­docz­ne. Opa­ko­wa­nie je­st wy­ko­na­ne z nie­co tan­det­ne­go pla­sti­ku. Ku­pi­łam go ja­ko pu­der do to­reb­ki, ale po mie­sią­cu no­sze­nia w ko­sme­tycz­ce i w cha­ne­lo­wym etui, nie­ste­ty się roz­pa­dło. Wi­dzi­cie to zresz­tą na zdję­ciu. Bar­dzo mnie to iry­tu­je, bo lu­bię rze­czy ele­ganc­kie i za­wio­dłam się, że mu­szę kom­bi­no­wać z pu­der­nicz­ką, któ­ra je­st w dwó­ch ka­wał­ka­ch.
Ko­sme­tyk ma do­łą­czo­ny pę­dze­lek, któ­ry je­st w su­mie ok, ale za­zwy­czaj wkła­dam na je­go miej­sce pła­ski apli­ka­tor z in­ne­go pu­dru. Że­by nie by­ło, że tak bar­dzo na­rze­kam — ma świet­ny, brzo­skwi­nio­wy za­pa­ch.

Cla­rins In­stant Li­ght Lip Com­fort Oil
Nie wiem skąd nad nim ty­le za­chwy­tów. Ten ole­jek, to jak dla mnie, wy­pi­sz wy­ma­luj zwy­kły, bez­barw­ny błysz­czyk. Ze wszyst­ki­mi je­go wa­da­mi, jak na przy­kład przy­kle­ja­nie się wło­sów do ust. Ład­nie pach­nie, ma ślicz­ne opa­ko­wa­nie z cie­ka­wym apli­ka­to­rem i dłu­go utrzy­mu­je się na usta­ch, ale to by by­ło na ty­le. Nie za­uwa­ży­łam ty­ch słyn­ny­ch efek­tów pie­lę­gna­cyj­ny­ch. Mę­czę się z nim gdzieś od zi­my i jesz­cze mi spo­ro zo­sta­ło. Za kwo­tę wyż­szą niż 15 zł nie opła­ca się ku­po­wać.

EOS — bal­sam do ust
Nie bę­dę ukry­wać, że ku­pi­łam go, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie spodo­ba­ło mi się je­go opa­ko­wa­nie. Świet­nie pach­nie. Sma­ku­je też cał­kiem nie­źle. Na tym ko­niec suk­ce­sów. Nie na­wil­ża ust ani tro­chę. Być mo­że, je­śli ma­cie bez­pro­ble­mo­we usta, bę­dzie wy­star­cza­ją­cy, ale na mnie nie dzia­ła­ją zu­peł­nie bal­sa­my bez pa­ra­fi­ny. Pi­sa­łam o tym w po­ście o skład­ni­ka­ch ko­sme­ty­ków, któ­re są uwa­ża­ne za szko­dli­we, ale oka­za­ły się być w po­rząd­ku.  Ja­jecz­ka EOS uży­wam od cza­su do cza­su dla sa­mej przy­jem­no­ści po­wą­cha­nia go. Ale dru­gi raz nie ku­pię, bo to tyl­ko faj­ny, bez­u­ży­tecz­ny ga­dżet, a one za­słu­gu­ją na uwa­gę nie wię­cej niż raz.

Gol­den Ro­se BB Cre­am 
Smut­ne, bo na­pa­li­łam się na ty­le moc­no, że spe­cjal­nie je­cha­łam po nie­go w stycz­niu przy –20. A on co? A on je­st po pro­stu jak każ­dy zwy­kły pod­kład z ni­skiej pół­ki. Wia­do­mo, że nie spo­dzie­wa­łam się, że to je­st ja­kiś wiel­ce od­żyw­czy, upięk­sza­ją­cy krem, ale miał się świet­nie pre­zen­to­wać na twa­rzy. Tym­cza­sem, ani nie wy­glą­da zbyt na­tu­ral­nie, ani nie utrzy­mu­je twa­rzy w ma­cie. W do­dat­ku cięż­ko do­brać od­po­wied­ni ko­lor. 01 je­st za bar­dzo ró­żo­wa­wy, a 02 spo­ro ciem­niej­szy.

Ale nie je­st ta­ki to­tal­nie zły. Na plus je­st cał­kiem nie­złe kry­cie, nie moc­ne, ale wy­star­cza­ją­ce i to, że nie po­gor­szył mi ce­ry. Je­śli tra­fi­cie na od­po­wied­ni ko­lor, mo­że­cie być za­do­wo­lo­ne. Zu­ży­łam 90% opa­ko­wa­nia, aż stwier­dzi­łam, że już mi się nie chce i wró­ci­łam do pod­kła­du Li­ly Lo­lo.

Bob­by Brown Long We­ar Gel Ey­eli­ner
Nie ma go na zdję­ciu, bo wy­rzu­ci­łam już opa­ko­wa­nie, ale wspo­mi­nam o nim, po­nie­waż cał­ko­wi­cie mnie za­wió­dł. Przede wszyst­kim, u mnie miał fa­tal­ną trwa­ło­ść. Nie wiem o co cho­dzi, ale cza­sa­mi wrę­cz od­pry­ski­wał z po­wie­ki. Po kil­ku go­dzi­na­ch du­ża czę­ść kre­ski się ście­ra­ła, a pro­dukt za ta­ką ce­nę po­wi­nien być na miej­scu ca­ły dzień, szcze­gól­nie je­śli po­tra­fi to kred­ka Es­sen­ce za 7 zł. Plu­sem pro­duk­tu je­st to, że da się nim ła­two ope­ro­wać i bez więk­szy­ch pro­ble­mów na­ry­so­wać nim ład­ną kre­skę. Tyl­ko co z te­go, sko­ro nie moż­na się nią na­cie­szyć?

MAC — szmin­ki ma­to­we i sa­ty­no­we
Mo­ja pierw­sza szmin­ka z MAC to ma­to­wa Ple­ase Me. Pięk­ny, ró­żo­wy ko­lor. Lu­bię po­mad­ki z ta­kim wy­koń­cze­niem, bo bar­dzo ele­ganc­ko pre­zen­tu­ją się w ma­ki­ja­żu. Oczy­wi­ście trze­ba do ni­ch mieć do­brze wy­pie­lę­gno­wa­ne usta, ale na mo­ich za­zwy­czaj pre­zen­tu­ją się bar­dzo do­brze.

Ale nie je­śli są z MAC-a. Wy­obraź­cie so­bie jak by­łam za­wie­dzio­na, gdy oka­za­ło się, że mo­ja wy­ma­rzo­na Ple­ase Me wy­glą­da go­rzej niż in­ne ma­to­we szmin­ki, któ­re mia­łam. Nie do­ść, że pod­kre­śla su­che skór­ki jak sza­lo­na, to jesz­cze  bar­dzo cięż­ko ją rów­no­mier­nie roz­pro­wa­dzić. Na do­da­tek wcho­dzi w pio­no­we „zmarszcz­ki” ust. Z ma­to­wy­ch Ma­ców mam jesz­cze Rus­sian Red i rów­nież mie­wa swo­je hu­mo­ry. Po­dob­ny pro­blem mia­łam ze słyn­ną Faux, któ­ra z ko­lei je­st sa­ty­no­wa.

Wy­glą­da na to, że szmin­ki MAC-a w ty­ch wy­koń­cze­nia­ch ma­ją zbyt tę­pą kon­sy­sten­cję i są za bar­dzo su­che. U mnie naj­le­piej spraw­dza­ją się te z se­rii cre­me­she­en i lu­stre.

Tak oto do­tar­li­śmy do szczę­śli­we­go koń­ca mo­jej ma­łej ko­sme­tycz­nej ze­msty. Gdy­by by­ła to roz­praw­ka w gim­ba­zie, na­pi­sa­ła­bym na koń­cu: „re­asu­mu­jąc, mam wi­docz­nie ja­kieś eks­cen­trycz­ne usta, sko­ro aż po­ło­wa pro­duk­tów z mo­jej li­sty (słow­nie: 50%) je­st wła­śnie do ni­ch.” 😉

PS A Wy? Ostrze­że­cie mnie przed czymś?

Pau­li­na

więcej tekstów: Paulina