Przekrój marca 2017

Ja­kimś cu­dem na­stał kwie­cień, wła­ści­wie mi­nę­ło już kil­ka ład­ny­ch, kwiet­nio­wy­ch dni, więc naj­wyż­szy czas że­by pod­su­mo­wać i po­że­gnać ma­rzec 🙂 Dzia­ło się jak zwy­kle spo­ro, czas rów­nież gnał jak sza­lo­ny, ale w tym przy­pad­ku nie je­st nam go żal — w koń­cu zbli­ża­li­śmy się do cie­plej­szy­ch, sło­necz­ny­ch dni, któ­re na­pa­wa­ją nas jesz­cze więk­szą ener­gią do dzia­ła­nia. W kwiet­niu cze­ka nas du­żo cie­ka­wy­ch wy­zwań, tak­że ty­ch blo­go­wy­ch, tym­cza­sem zo­bacz­cie co przy­ku­ło na­szą uwa­gę w mi­nio­nym mie­sią­cu 🙂 Bę­dzie zde­cy­do­wa­nie fil­mo­wo, choć nie za­brak­nie cze­goś do czy­ta­nia 😉 Prze­ko­naj­cie się sa­mi!

Pau­li­na

Na­oglą­da­łam się w mar­cu do­ść spo­ro fil­mów i se­ria­li, czę­ść cze­ka na od­po­wied­ni mo­ment, aż opu­bli­ku­ję ich re­cen­zje, ale dziś chcę Wam po­le­cić dwa z ni­ch.

Rów­no­le­gła rze­czy­wi­sto­ść

Ob­raz bar­dzo po­krę­co­ny i du­żą ilo­ścią szcze­gó­łów, któ­re trze­ba wy­pa­try­wać, bo każ­dy da­je po­le do in­ter­pre­ta­cji. Fa­bu­ła na­wią­zu­je do teo­rii pa­ra­dok­su ko­ta Schrödin­ge­ra, ale nie mu­si­cie być spe­cja­li­sta­mi od fi­zy­ki kwan­to­wej, że­by obej­rzeć 😉

Na ko­la­cji spo­ty­ka­ją się zna­jo­mi, wia­do­mo gad­ki — szmat­ki i tak da­lej. Nie je­st to jed­nak zwy­kły wie­czór, w po­bli­żu Zie­mi wła­śnie prze­la­tu­je ko­me­ta. Jak mo­że­cie się do­my­ślić, bę­dzie ona przy­czy­ną sze­re­gu dziw­ny­ch zja­wi­sk. Bo­ha­te­ro­wie, nie ma­jąc in­ne­go wyj­ścia, cze­ka­ją aż sy­tu­acja się unor­mu­je, ale spo­ty­ka­ją ich co­raz dziw­niej­sze sy­tu­acje, aż w koń­cu za­czy­na­ją się dziać rze­czy nie­miesz­czą­ce się w gło­wa­ch fi­lo­zo­fom (fi­zjo­lo­gom w su­mie też 😉 )

Wi­dać, że pro­duk­cja je­st ni­sko­bu­dże­to­wa, ale oglą­da się przy­jem­nie. Po­le­cam, je­śli ma­cie ocho­tę na film z wkrę­tą, o któ­rym bę­dzie­cie my­śleć jesz­cze przez ja­kiś czas.

.

Ra­port z Eu­ro­py

Ko­lej­ny film sci — fi, świet­ny dla ko­ne­se­rów ga­tun­ku. Opo­wia­da o mi­sji na­uko­wej na Eu­ro­pę — je­den z księ­ży­ców Jo­wi­sza. Dla­cze­go dla ko­ne­se­rów? Bo nie je­st to ty­po­wy film ob­li­czo­ny na wbi­ja­niu wi­dza w fo­tel dzię­ki efek­tom spe­cjal­nym. Tu przede wszyst­kim li­czy się kli­mat — mi­mo że tak da­le­ka wy­pra­wa je­st pó­ki co nie­moż­li­wa, film do­ść wia­ry­god­nie przed­sta­wia jak by to wy­glą­da­ło. Da się od­czuć ra­zem z astro­nau­ta­mi znu­że­nie dłu­gą po­dró­żą, klau­stro­fo­bicz­ny kli­mat pa­nu­ją­cy w stat­ku ko­smicz­nym i at­mos­fe­rę to­wa­rzy­szą­cą od­kry­wa­niu cze­goś waż­ne­go dla roz­wo­ju ludz­ko­ści, sta­wia też py­ta­nie na ja­kie po­świę­ce­nia go­to­wi są lu­dzie dla roz­wo­ju na­uki.

Bar­dzo mi się spodo­bał fakt, że film opar­ty je­st na praw­dzi­wym za­ło­że­niu — to zna­czy Eu­ro­pa na­praw­dę je­st po­kry­ta gru­bą war­stwą lo­du, a ba­da­cze od lat za­sta­na­wia­ją się co pod nią wy­stę­pu­je. Film po­ka­zu­je co by by­ło gdy­by…

.

Bur­ber­ry Brit

burberry brit

Je­st wio­sna, więc u mnie zno­wu Bri­ty w wer­sji EDT. Wia­do­mo, uży­wa się róż­ny­ch per­fum, ale za każ­dym ra­zem jak ni­mi pach­nę to czu­ję, że je­stem w do­mu 😉 w dal­szym cią­gu je­st to mój si­gna­tu­re scent i nie za­no­si się na zmia­ny.

Za­pa­ch je­st tro­chę słod­ki, tro­chę orzeź­wia­ją­cy. W nu­cie gło­wy znaj­dzie­cie: li­mon­kę, lo­do­wą grusz­kę, zie­lo­ne mig­da­ły, w nu­cie ser­ca: bia­łą pe­onię, cu­krzo­ne mig­da­ły, w nu­cie ba­zy: am­bra, drze­wo ma­ho­nio­we, wa­ni­lia, bób ton­ka.

Gdy­bym mo­gła mieć tyl­ko jed­ne per­fu­my w ży­ciu (jak to smut­no brzmi) to by­ły­by to zde­cy­do­wa­nie te 🙂 Żad­na ilo­ść się u mnie nie zmar­nu­je — ko­cham je i do czy­ta­nia książ­ki pod ko­cem, i na im­pre­zę, i na waż­ne spo­tka­nia w pra­cy.

.

Ry­szard Ka­pu­ściń­ski — He­ban

heban

Ostat­nio mam okres do­czy­ty­wa­nia ksią­żek, któ­re kie­dyś czy­ta­łam, ale z róż­ny­ch po­wo­dów prze­rwa­łam. No i wła­snie He­ban je­st jed­ną z ni­ch.

Kie­dyś sły­sza­łam, że po­dob­no Ka­pu­ściń­ski nie­co pod­ko­lo­ro­wy­wał swo­je re­por­ta­że i je­st to skąd­inąd bar­dzo smut­ne, ale ja przede wszyst­kim uwiel­biam go czy­tać dla sa­mej przy­jem­no­ści czy­ta­nia, je­śli cho­dzi o nar­ra­cję i ryt­mi­kę tek­stu, był praw­dzi­wym wir­tu­ozem.

He­ban opo­wia­da o je­go po­dró­ży do Afry­ki na prze­ło­mie lat 50 i 60. Re­por­ter opi­su­je wy­da­rze­nia w for­mie dzien­ni­ka z po­dró­ży — znaj­dzie­cie tam za­rów­no je­go spo­strze­że­nia, wie­le cie­ka­wy­ch sy­tu­acji, któ­re przy­tra­fi­ły się po dro­dze, tłu­ma­cze­nie róż­ny­ch niu­an­sów do­ty­czą­cy­ch ży­cia w Afry­ce, a do­dat­ko­wo przy­bli­żo­ne są wy­da­rze­nia po­li­tycz­ne ma­ją­ce miej­sce w tam­tym cza­sie.

Aga­ta

Nie tyl­ko u Pau­li­na w mar­cu oglą­da­ła fil­my w du­żej ilo­ści — być mo­że to wpływ roz­da­nia Osca­rów, ale ja też nad­ro­bi­łam kil­ka za­le­gło­ści fil­mo­wy­ch 😉

Se­rial HBO „Wiel­kie kłam­stew­ka” 

Z te­go co za­uwa­ży­łam „Wiel­kie kłam­stew­ka” oglą­da­ło na HBO wie­le osób (przy­naj­mniej wśród mo­ich zna­jo­my­ch), ale być mo­że wśród Was są oso­by, któ­re tak jak ja nie ma­ją wiel­kie­go cią­gu na oglą­da­nie se­ria­li, a ten na­praw­dę war­to zo­ba­czyć. Za­pew­ne nie sku­si­ła­bym się na to, gdy­by nie re­we­la­cyj­na ob­sa­da, w tym mię­dzy in­ny­mi Re­ese Wi­ther­spo­on, Ni­co­le Kid­man, Sha­ile­ne Wo­odley, Lau­ra Dern, czy naj­przy­stoj­niej­szy z przy­stoj­ny­ch Ale­xan­der Skars­gard. Ak­tor­sko „Wiel­kie kłam­stew­ka” na­praw­dę trzy­ma­ją bar­dzo wy­so­ki po­ziom, ale też sce­na­riu­sz (na­pi­sa­ny na pod­sta­wie be­st­sel­le­ro­wej po­wie­ści o tym sa­mym ty­tu­le au­tor­stwa Lia­ne Mo­riar­ty) w cie­ka­wy spo­sób bu­du­je na­pię­cie, po­zwa­la wąt­kom nie­spiesz­nie się roz­wi­jać. Ak­cja to­czy się w ame­ry­kań­skim mia­stecz­ku Mon­te­rey, w któ­rym, jak to czę­sto by­wa w ma­ły­ch mie­ści­na­ch, wszy­scy wie­dzą wszyst­ko o so­bie na­wza­jem, a tak na­praw­dę zaj­mu­ją się głów­nie grą po­zo­rów. W pierw­szym od­cin­ku do­wia­du­je­my się, że pod­czas wie­czor­ku qu­izo­we­go ktoś zo­stał za­mor­do­wa­ny, jed­nak kto i w ja­ki spo­sób, do­wie­my się do­pie­ro na sa­mym koń­cu se­ria­lu.

W „Wiel­ki­ch kłam­stew­ka­ch” bez­sprzecz­nie bo­ha­ter­ka­mi są ko­bie­ty, w róż­ny­ch ro­la­ch — ma­tek, żon i ko­cha­nek. Do pew­ne­go mo­men­tu moc­no mnie to iry­to­wa­ło , bo w głów­ne bo­ha­ter­ki se­ria­lu bar­dzo epa­to­wa­ły emo­cja­mi i wy­da­wa­ły się cho­dzą­cy­mi ste­reo­ty­pa­mi „bab”, jed­nak za­koń­cze­nie se­ria­lu wmu­ro­wa­ło mnie w fo­tel i prze­wró­ci­ło do gó­ry no­ga­mi wszyst­ko, co wi­dzia­łam przez 7 od­cin­ków 😉

Opró­cz te­go, że se­rial świet­nie się oglą­da­ło, uzu­peł­nia­ła go re­we­la­cyj­na ścież­ka dźwię­ko­wa, któ­rej słu­cham od ty­go­dnia non stop. Mu­zy­ki w „Wiel­ki­ch kłam­stew­ka­ch” je­st bar­dzo du­żo, a je­śli do­dam, że wy­ko­rzy­sta­no pio­sen­ki ta­ki­ch le­gend jak Ja­nis Jo­plin, Jef­fer­son Air­pla­ne, PJ Ha­rvey, czy Elvi­sa Pre­sleya, to my­ślę, że dwa ra­zy nie bę­dę mu­sia­ła na­ma­wiać do po­słu­cha­nia 😉

Film „Prze­łę­cz oca­lo­ny­ch”

W koń­cu uda­ło mi się obej­rzeć film, któ­re­go nie zdą­ży­łam zo­ba­czyć w ki­nie, czy­li „Prze­łę­cz oca­lo­ny­ch” w re­ży­se­rii Me­la Gib­so­na. Czy­ta­łam wie­le po­zy­tyw­ny­ch opi­nii o tym fil­mie, w tym mię­dzy in­ny­mi, że je­st to „Sze­re­go­wiec Ry­an” na­szy­ch cza­sów (a je­st to je­den z mo­ich ulu­bio­ny­ch fil­mów i chy­ba pierw­szy film, na któ­rym pła­ka­łam). Jak wy­pa­dł w tym ze­sta­wie­niu naj­now­szy ob­raz Me­la Gib­so­na?

Przede wszyst­kim bar­dzo lu­bię oglą­dać fil­my opar­ta na fak­ta­ch, a ży­cie De­smon­da Do­ssa po pro­stu za­słu­gi­wa­ło na na­krę­ce­nie o nim fil­mu i bar­dzo do­brze, że zro­bił to wła­śnie Gib­son, któ­ry w swo­ich dzie­ła­ch (za prze­pro­sze­niem) jeń­ców nie bie­rze. De­smond Do­ss w trak­cie II woj­ny świa­to­wej na ochot­ni­ka wstą­pił do woj­ska, choć ja­ko ad­wen­ty­sta i ob­dżek­tor nie mó­gł za­bi­jać i uży­wać bro­ni. Mi­mo na­ci­sków ze stro­ny swo­ich zwierzch­ni­ków oraz po­zo­sta­ły­ch żoł­nie­rzy, po­zo­stał wier­ny swo­im prze­ko­na­niom, a dzię­ki wie­rze, od­wa­dze i upo­ro­wi, uda­ło mu się ura­to­wać dzie­siąt­ki ran­ny­ch w trak­cie bi­twy o Oki­na­wę ko­le­gów.

 Film je­st na­krę­co­ny z wiel­kim roz­ma­chem, do­brze za­gra­ny, przej­mu­ją­cy i… bar­dzo szyb­ko upły­wa­ją­cy. Do­słow­nie nie wiem kie­dy zle­cia­ły 2,5 go­dzi­ny, któ­re oglą­da­łam „Prze­łę­cz oca­lo­ny­ch”. Je­st w fil­mie spo­ro ame­ry­kań­skie­go pa­to­su, któ­ry czę­sto mnie iry­tu­je, jed­nak nie je­st prze­sa­dzo­ny. W ze­sta­wie­niu z „Sze­re­gow­cem Ry­anem” nie­ste­ty wy­pa­da sła­biej, ale je­st to film, któ­ry zde­cy­do­wa­nie war­to zo­ba­czyć, na­wet je­śli nie prze­pa­da­cie za te­ma­ty­ką wo­jen­ną.

Kon­cert „Korn”

Nie je­stem wiel­ką fan­ką gru­py Korn, ale z uwa­gi na to­wa­rzy­stwo i dzię­ki te­mu, że uda­ło mi się do­stać za dar­mo bi­let (jesz­cze raz dzię­ku­ję Go­siu 😉 ) z chę­cią po­szłam po­słu­chać ich na Tor­wa­rze, bo za­sad­ni­czo lu­bię każ­dą mu­zy­kę 🙂 Oczy­wi­ście by­ło war­to. Korn brzmi we­dług mnie 10 ra­zy le­piej na ży­wo niż z gło­śni­ków, zro­bi­li świet­ny show i był to na­praw­dę do­bry spo­sób na od­stre­so­wa­nie się w piąt­ko­wy wie­czór, po ca­łym ty­go­dniu cięż­kiej pra­cy. Je­dy­ne mi­nu­sy to fakt, że na Tor­wa­rze by­ło upal­nie i nie by­ło czym od­dy­chać, no i nie by­ło sza­łu je­śli cho­dzi o na­gło­śnie­nie — co mo­że­cie usły­szeć na za­łą­czo­nym fil­mi­ku. Mu­zy­ka by­ła du­żo gło­śniej­sza niż wo­kal. Ale fakt, że Jo­na­than Da­vis wy­stę­po­wał w spód­ni­cy uda­ło mi się do­strzec do­pie­ro na fil­mie 😉

Naj­po­pu­lar­niej­szym tek­stem mar­ca na na­szym blo­gu był bez wąt­pie­nia wy­wiad z funk­cjo­na­riusz­ka­mi Stra­ży Gra­nicz­nej — je­śli jesz­cze nie prze­czy­ta­li­ście, za­chę­ca­my do rzu­ce­nia okiem 😉

uda­nej resz­ty kwiet­nia!

Aga­ta & Pau­li­na 🙂

więcej tekstów: Agata & Paulina