Przekrój lutego 2017

Ko­lej­ny mie­siąc 2017 ro­ku za na­mi. W lu­tym nie próż­no­wa­ły­śmy — jak wie­cie spę­dzi­ły­śmy week­end w Rzy­mie, świę­to­wa­ły­śmy pierw­sze uro­dzi­ny blo­ga 😉 a na ko­niec lu­te­go po­je­cha­ły­śmy do Wro­cła­wia na kon­cert gru­py Fan­fa­re Cio­car­lia. Mi­gaw­kę i krót­ki opis na­sze­go wy­pa­du do Wro­cła­wia zo­ba­czy­cie na blo­gu już nie­ba­wem, a te­raz ma­my dla Was naj­cie­kaw­sze od­kry­cia mi­nio­ne­go mie­sią­ca 🙂

Aga­ta

Bo­ska Flo­ren­ce”

Nie ukry­wam, że zde­cy­do­wa­łam się na obej­rze­nie te­go fil­mu głów­nie ze wzglę­du na ob­sa­dę, gdyż głów­ną ro­lę w fil­mie, czy­li ty­tu­ło­wą Flo­ren­ce Fo­ster – Jen­kins, zwa­ną naj­gor­szą śpie­wacz­ką ope­ro­wą świa­ta gra Me­ryl Stre­ep. I tra­dy­cyj­nie je­st w tej ro­li bo­ska, dla­te­go nie dzi­wi mnie jej 20. no­mi­na­cja do Osca­ra. Film po­ka­zu­je nam skra­wek ży­cia śpie­wacz­ki – ama­tor­ki, któ­ra mi­mo ab­so­lut­ne­go bra­ku ta­len­tu wy­peł­nia­ła sa­le kon­cer­to­we po brze­gi. Kie­dy Me­ryl Stre­ep po raz pierw­szy za­śpie­wa­ła w fil­mie pra­wie roz­pła­ka­łam się ze śmie­chu :p Mi­mo wszyst­ko Flo­ren­ce Fo­ster – Jen­kins je­st po­sta­cią, któ­rą trud­no oce­niać jed­no­znacz­nie, bo z jed­nej stro­ny dzi­wi fakt, że ab­so­lut­nie nie zda­wa­ła so­bie spra­wy ze swo­je­go bra­ku gło­su i wie­rzy­ła we wszyst­kie po­chleb­ne opi­nie, mo­ty­wo­wa­ne głów­nie chę­cią przy­po­do­ba­nia się bo­ga­tej me­ce­nas sztu­ki, z dru­giej jed­nak stro­ny nie spo­sób nie po­lu­bić tej po­sta­ci, tro­chę na­iw­nej i dzie­cin­nej, ale o do­brym ser­cu. Mi­łym za­sko­cze­niem są ro­le dru­go­pla­no­we gra­ne przez Hu­gh Gran­ta, któ­re­go daw­no nie wi­dzia­łam na ekra­nie i Si­mon Hel­berg, zna­ny mię­dzy in­ny­mi ze swo­jej ro­li w „Teo­rii wiel­kie­go pod­ry­wu”. „Bo­ska Flo­ren­ce” to mo­że nie film wy­bit­ny, ale przy­jem­ny, a ta­kie też są po­trzeb­ne 😉
.

Wy­sta­wy w Mu­zeum Na­ro­do­wym w War­sza­wie

img_2234,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ
 fot. Mu­zeum Na­ro­do­we w War­sza­wie

Do Mu­zeum Na­ro­do­we­go w War­sza­wie wy­bra­łam się na wy­sta­wę cza­so­wą „Bez­cen­ne na­byt­ki Mu­zeum Na­ro­do­we­go w War­sza­wie”, gdzie po­ka­za­ne są dzie­ła od­zy­ska­ne przez Mu­zeum Na­ro­do­we po woj­nie i no­we na­byt­ki mu­zeum (bę­dą­ce w więk­szo­ści da­ro­wi­zna­mi). Przy­znam, że wy­sta­wa ta nie zro­bi­ła na mnie więk­sze­go wra­że­nia, gdyż tak na­praw­dę te cen­niej­sze dzie­ła nie­ste­ty nie zo­sta­ły na­dal od­na­le­zio­ne i mam wra­że­nie, że eks­po­zy­cja zo­sta­ła przy­go­to­wa­na tro­chę na si­łę.

Ku­pu­jąc na­to­mia­st bi­let na wy­sta­wę cza­so­wą, moż­na obej­rzeć tak­że wy­sta­wy sta­łe i z ca­łe­go ser­ca, je­śli jesz­cze nie wi­dzie­li­ście, po­le­cam Wam wy­bra­nie się na pierw­sze pię­tro mu­zeum, by zo­ba­czyć wy­sta­wę ma­lar­stwa z XIX wie­ku. Zo­ba­czy­cie tam mię­dzy in­ny­mi naj­słyn­niej­szy­ch pol­ski­ch ma­la­rzy XIX i po­cząt­ku XX wie­ku – Ol­gę Bo­znań­ską, Jac­ka Mal­czew­skie­go, Jó­ze­fa Me­hof­fe­ra, Wła­dy­sła­wa Cza­chór­skie­go, z Ja­nem Ma­tej­ką i je­go „Bi­twą pod Grun­wal­dem” na cze­le.

Fi­lip Sprin­ger „Mia­sto ar­chi­pe­lag. Pol­ska mniej­szy­ch mia­st”

miasto archipelag

Świet­na książ­ka, któ­ra w na­wią­za­niu do hi­sto­rii oraz przez pry­zmat kon­kret­ny­ch lu­dzi, rzu­ca świa­tło na obec­ne funk­cjo­no­wa­nie 31 by­ły­ch mia­st wo­je­wódz­ki­ch. Au­tor prze­je­chał do­słow­nie ca­łą Pol­skę, by po­ka­zać jak wy­glą­da na­sz kraj po­za wiel­ki­mi ośrod­ka­mi miej­ski­mi. Wśród od­wie­dzo­ny­ch przez Fi­li­pa Sprin­ge­ra mia­st są te, któ­re le­piej po­ra­dzi­ły so­bie z utra­tą sta­tu­su sto­li­cy wo­je­wódz­twa i te, w któ­ry­ch czuć w po­wie­trzu brak na­dziei na lep­sze ju­tro. Szcze­gól­nie spodo­bał mi się roz­dział, w któ­rym au­tor na przy­kła­dzie kil­ku wy­bra­ny­ch mia­st po­ka­zu­je, że ma­my bez ma­ła na­ro­do­wą ten­den­cję do czy­nie­nia z klę­sk i ka­ta­strof wy­tłu­ma­cze­nie nic nie­ro­bie­nia i dla dal­sze­go tkwie­nia w ma­ra­zmie. „Mia­sto ar­chi­pe­lag” za­cie­ka­wi­ło mnie też dla­te­go, że po­ka­zu­je lu­dzi, któ­rzy dzia­ła­ją lo­kal­nie, a to we­dług mnie za­wsze bar­dzo do­bry po­my­sł 🙂

 

Pau­li­na

.

Far­ba do wło­sów — Schwarz­kopf Per­fect Mo­us­se

Gdy­bym by­ła blon­dyn­ką, pew­nie nie pod­ję­ła­bym się te­go, ale w związ­ku z tym, że mam nie­skom­pli­ko­wa­ny, ciem­ny ko­lor wło­sów, to far­bu­ję je sa­ma w do­mu. Ostat­nio tra­fi­łam na no­wą far­bę i po­sta­no­wi­łam ją wy­pró­bo­wać w za­stęp­stwie mo­jej ulu­bio­nej Co­lo­ur Ma­sk, też od Schwarz­kopf.

Tym ra­zem ko­sme­tyk ma po­stać pian­ki, któ­rą bar­dzo wy­god­nie moż­na na­kła­dać pro­sto z po­ręcz­nej pomp­ki.  Far­ba nie ka­pie, nie bru­dzi wszyst­kie­go do­oko­ła i spo­koj­nie moż­na obyć się bez pę­dzel­ka.

Co cie­ka­we, ta wer­sja nie za­wie­ra amo­nia­ku, czy­li nie po­win­na nisz­czyć tak bar­dzo wło­sów. Tro­chę się ba­łam, że ko­lor nie bę­dzie do­brze ła­pał, bo jed­nak ta­ka far­ba je­st słab­sza, ale nic z ty­ch rze­czy – od­cień na wło­sa­ch je­st trwa­ły i in­ten­syw­ny.

Se­rial „Ta­boo”

O tym co je­st faj­ne i mi­łe mó­wi się, że moż­na to je­ść łyż­ka­mi, a ja Wam mó­wię, że ten se­rial moż­na kro­ić sie­kie­rą. Al­bo ją ewen­tu­al­nie za­wie­sić w po­wie­trzu, tak gę­sta at­mos­fe­ra pa­nu­je w „Ta­boo”.

Pre­mie­ra no­we­go se­ria­lu BBC mia­ła miej­sce w stycz­niu i od ra­zu wie­dzia­łam, że to coś dla mnie, bo po pro­stu ko­cham kli­mat XIX wiecz­ne­go Lon­dy­nu. Po­za tym jak za ro­bo­tę bie­rze się  Ri­dley Scott, to ja to bio­rę w ciem­no.

Sku­si­łam się, mi­mo że opis na po­cząt­ku nie za­chę­cał – syn zmar­łe­go wła­ści­cie­la pew­ne­go bar­dzo waż­ne­go, z punk­tu wi­dze­nia dwó­ch im­pe­riów, ka­wał­ka zie­mi w Afry­ce, po­wra­ca do An­glii aby od­bu­do­wać im­pe­rium han­dlo­we. Brzmi nud­no, ale nie ma po­wo­du do obaw. Po­stać głów­ne­go bo­ha­te­ra, szu­ka­ją­ce­go gu­za, Ja­me­sa Delaney’a je­st świet­nie roz­pi­sa­na i za­gra­na (Tom Har­dy), a ca­ła resz­ta ota­cza­ją­cy­ch go wy­da­rzeń i po­sta­ci, ty­ch re­al­ny­ch i ty­ch nie z te­go świa­ta, je­st świet­nym tłem, któ­re wcią­ga na­praw­dę moc­no. Śle­dzi­my roz­gryw­ki i spi­ski wy­mie­rzo­ne prze­ciw Ja­me­so­wi, któ­ry mu­si wy­ka­zać się nie la­da spry­tem, by uj­ść z ży­ciem. Po­mię­dzy wszech­ogar­nia­ją­cym, XIX – wiecz­nym bru­dem i wszel­kim plu­ga­stwem, to­czy się gra prze­peł­nio­na na­mięt­no­ścia­mi i nie­bez­pie­czeń­stwem, w któ­rej spa­dek ra­czej prze­szka­dza niż po­ma­ga.

Ty­tu­ło­we „Ta­boo” to z jed­nej stro­ny pew­ne pięt­no z prze­szło­ści, któ­re wi­si na Ja­me­sie i je­go sio­strze, a z dru­giej stro­ny cóż… w tym se­ria­lu te­ma­tów ta­bu ra­czej się nie do­szu­ka­cie. Po­do­ba­ją mi się ko­stiu­my, cha­rak­te­ry­za­cja i sce­no­gra­fia, i je­śli po­mi­nie­my do­ść bru­tal­ne sce­ny, ca­ło­ść je­st cał­kiem mi­ła dla oka.  W każ­dym ra­zie po­le­cam na zi­mo­we wie­czo­ry.

Jak ko­niec prze­kro­ju to sta­ty­sty­ki. Naj­po­pu­lar­niej­szym zdję­ciem na in­sta­gra­mie by­ło zdję­cie ka­wy. My też lu­bi­my ka­wę 😉

więcej tekstów: Agata