Przekrój lipca 2017

Ja­ko, że jesz­cze nie mi­nął pierw­szy ty­dzień sierp­nia, ma­my na­dzie­ję, że nie je­st za póź­no na ulu­bień­ców po­przed­nie­go mie­sią­ca 🙂 Dziś lek­ko mo­no­te­ma­tycz­nie — je­den film, a po­za tym głów­nie ko­sme­ty­ki 🙂

Oliw­ka In­di­go — Se­ven­th He­aven

.

 

.

Nie wiem czy oliw­ka do skó­rek je­st naj­bar­dziej po­trzeb­nym ko­sme­ty­kiem ja­ki je­st mi w sta­nie przyj­ść do gło­wy, ale nie­ch bę­dzie 😉 Ge­ne­ral­nie nie­na­wi­dzę gdy wy­cho­dzę od ma­ni­cu­rzyst­ki i mu­szę szu­kać port­fe­la w to­reb­ce tłu­sty­mi rę­ka­mi, ale od kil­ku mie­się­cy ro­bię so­bie hy­bry­dy sa­ma i to zmie­ni­ło mo­je po­dej­ście.

Oliw­ka In­di­go przede wszyst­kim ma bar­dzo do­bry skład. Za­wie­ra wi­ta­mi­nę E, ole­jek ze sło­necz­ni­ka, ar­ga­no­wy i ole­jek z kro­ko­sza bar­wier­skie­go (wiem jak to brzmi, ale dzia­ła na­praw­dę ok, kro­ko­sz je­st na­wia­sem mó­wiąc, jed­ną z naj­star­szy­ch ro­ślin upraw­ny­ch w hi­sto­rii ludz­ko­ści). Z ta­kim skła­dem mo­że­my śmia­ło za­ło­żyć, że dzia­ła.

Dru­ga spra­wa, je­śli cho­dzi o tę oliw­kę to za­pa­ch, któ­ry bar­dzo dłu­go się utrzy­mu­je. Mój je­st kwia­to­wy. Wy­bra­łam go w ciem­no za­ma­wia­jąc ją ze stro­ny in­ter­ne­to­wej, ale cał­kiem mi się po­do­ba. Oczy­wi­ście po­tem cho­dzę i wą­cham pal­ce przez pół dnia;)

 

 

La­kier hy­bry­do­wy Neo Na­il w ko­lo­rze Cot­ton Can­dy

.

.

Mak­sy­mal­nie za­ko­cha­łam się w tym ko­lo­rze. Pierw­szy raz zda­rzy­ło mi się użyć dwa ra­zy pod rząd te­go sa­me­go la­kie­ru 🙂

Bia­łe pa­znok­cie cza­sa­mi wy­glą­da­ją sła­bo, tro­chę jak­by by­ły po­ma­lo­wa­ne ko­rek­to­rem. Na­to­mia­st ten od­cień to prze­ła­ma­ny bia­ły. Wi­dać w nim ró­żo­we to­ny, więc mi­mo że rzu­ca się w oczy, to nie ra­zi. Do tej po­ry mo­im let­nim fa­wo­ry­tem był mię­to­wy, ale ko­lo­rem lip­ca był Cot­ton Can­dy i pew­nie za kil­ka dni się­gnę po nie­go zno­wu 🙂

Je­śli cho­dzi o ja­ko­ść la­kie­rów Neo Na­il to róż­ne rze­czy się sły­szy, ale we­dług mnie nie róż­nią się ni­czym od Se­mi­lac i In­di­go.

 

Bal­sam do cia­ła w pian­ce — Ve­nus CC Flu­id
.

.

Mo­je no­gi są za­wsze naj­ja­śniej­szym punk­tem w mie­ście. No pra­wie nie da się ich opa­lić! W tym ro­ku stwier­dzi­łam, że ko­niec z ośle­pia­niem lu­dzi bie­lą i ku­pi­łam kil­ka sa­mo­opa­la­czy. Dla­cze­go kil­ka? Ano dla­te­go, że za­nim tra­fi­łam na tę naj­ge­nial­niej­szą pod słoń­cem pian­kę, w mo­je rę­ce wpa­dły ko­sme­ty­ki, któ­re uczy­ni­ły mo­je no­gi po­ma­rań­czo­wy­mi. I trze­ba by­ło sta­now­czo za dłu­go cze­kać aż za­dzia­ła­ją. I śmier­dzia­ły. Kosz­mar.

Na­to­mia­st wra­ca­jąc do sa­mej pian­ki — przede wszyst­kim da­je bar­dzo na­tu­ral­ny efekt. Ja za­zwy­czaj na­kła­dam dwie war­stwy i zde­cy­do­wa­nie ko­lor idzie w kie­run­ku brą­zu. Po dru­gie, po­nie­waż je­st to flu­id, re­zul­tat ma­my od ra­zu, co je­st do­brą opcją dla ko­goś ta­kie­go jak ja, kto szy­ku­je się do wyj­ścia za­wsze na ostat­nią chwi­lę. No i nie ma tej nie­spo­dzian­ki, gdy po kil­ku go­dzi­na­ch oka­zu­je się, że ozdo­bi­ły­śmy się fan­ta­zyj­ny­mi za­cie­ka­mi 😉 Po trze­cie, pian­kę moż­na bez pro­ble­mu nor­mal­nie zmyć pod prysz­ni­cem. Nie ma mo­wy o nie­rów­nym scho­dze­niu czy pla­ma­ch.

Flu­id ma ja­kieś mi­ni­mal­ne błysz­czą­ce dro­bin­ki, ale nie je­st to na pew­no tan­det­ny bro­kat (co de­ner­wu­je mnie za­wsze w olej­ku Nu­xe), tyl­ko bar­dzo de­li­kat­ny efekt, w żad­nym wy­pad­ku nie ki­czo­wa­ty.

 

Ko­la­sty­na — Krem z SPF 30

.

.

Krót­ka pił­ka. Ku­pi­łam go na szyb­ko i cał­kiem przy­pad­ko­wo. I oka­za­ło się, że jak dla mnie je­st to je­st ide­ał wśród kre­mów do twa­rzy z fil­trem. Al­bo przy­naj­mniej naj­bli­żej ide­ału, a prze­ro­bi­łam już ty­ch kre­mów  cał­kiem spo­ro w po­przed­ni­ch la­ta­ch.

Po­do­ba mi się głów­nie to, że na­praw­dę je­st w mia­rę ma­to­wy i nie bie­li, jak to ma­ją w zwy­cza­ju kre­my z tro­chę wyż­szym fil­trem. Pro­du­cent obie­cu­je, że bę­dzie nada­wał się pod ma­ki­jaż i ja to po­twier­dzam 🙂 Do te­go je­st ta­ni jak barsz­cz i ła­two do­stęp­ny, więc jak naj­bar­dziej po­le­cam na resz­tę sierp­nia 🙂

 

So­la­ris 

 

Nie by­ła­bym so­bą gdy­bym nie za­mie­ści­ła w prze­kro­ju ja­kie­goś fil­mu 🙂 „So­la­ris” to ekra­ni­za­cja książ­ki Sta­ni­sła­wa Le­ma z George’m Clooney’em w ro­li głów­nej. Gra on psy­cho­lo­ga, któ­ry wy­ru­sza na sta­cję ko­smicz­ną „Pro­me­te­usz”, aby po­móc ko­smo­nau­tom, któ­rzy po ja­kimś cza­sie or­bi­to­wa­nia nad od­le­głą pla­ne­tą za­czę­li się bar­dzo dziw­nie za­cho­wy­wać i wy­ka­zy­wać ob­ja­wy pa­ra­noi. Na miej­scu oka­za­ło się, że pla­ne­ta za­czy­na mieć wpływ rów­nież na nie­go i po­tra­fi po­ru­szyć je­go naj­słab­sze punk­ty. Nie czy­ta­łam książ­ki, ale film nie je­st naj­lżej­szy w od­bio­rze. Po­wie­dzia­ła­bym, że to ra­czej ta­kie fi­lo­zo­ficz­ne scien­ce fic­tion, ale zde­cy­do­wa­nie war­to obej­rzeć.

.

Łap­cie ostat­nie cie­płe dni wa­ka­cji i bądź­my w kon­tak­cie! 🙂

więcej tekstów: Paulina