Pasażerowie — reż. M. Tyldum — recenzja filmu

Mo­je pod­sta­wo­we sko­ja­rze­nie po obej­rze­niu Pa­sa­że­rów je­st ta­kie, że to ni mniej ni wię­cej, tyl­ko bab­skie scien­ce fic­tion. To zde­cy­do­wa­nie nie je­st film, któ­ry zo­sta­wia w wi­dzu ja­kiś trwa­ły ślad. Ot, mi­łe dla oka ro­man­si­dło w ko­smo­sie, któ­re w trak­cie oglą­da­nia je­st bar­dzo przy­jem­ne, ale wie­sz, że póź­niej ła­two o nim za­po­mni­sz. Głów­nym mo­ty­wem je­st jed­nak nie mi­ło­ść, a po­dróż. I to nie tyl­ko ta mię­dzy­ga­lak­tycz­na, któ­ra ma za­owo­co­wać sko­lo­ni­zo­wa­niem no­wej pla­ne­ty, tyl­ko przede wszyst­kim w głąb sie­bie oraz po­przez dy­stans dzie­lą­cy lu­dzi. Na­wet ty­ch, któ­rzy wy­da­wa­ło­by się, że są bli­sko.

 

Po­my­sł na fa­bu­łę je­st ba­nal­ny, przez co ob­raz je­st tak prze­wi­dy­wal­ny jak tyl­ko się da. Czer­pie peł­ny­mi gar­ścia­mi mo­ty­wy, któ­re oglą­da­łam już mię­dzy in­ny­mi w „Pro­me­te­uszu”, „Mar­sja­ni­nie” czy „Gra­wi­ta­cji”.  Mo­że na­wet le­ciut­ko po­ru­szył we mnie po­dob­ną stru­nę, co mój uko­cha­ny „Star Trek Voy­ager”. Jed­no­cze­śnie kon­struk­cja sce­na­riu­sza je­st ty­po­wa dla ko­me­dii ro­man­tycz­ny­ch, a ty­ch aku­rat nie cier­pię wy­jąt­ko­wo. Na szczę­ście po­do­bień­stwo do te­go ga­tun­ku wi­docz­ne je­st tyl­ko w ogól­nym za­ry­sie, więc wy­ba­czam. Przede wszyst­kim na rze­cz kli­ma­tu, bo co jak co, ale za­rów­no sce­no­gra­fia jak i efek­ty są bar­dzo przy­zwo­ite wi­zu­al­nie. Ak­to­rzy zresz­tą też,  w głów­ny­ch ro­la­ch wi­dzi­my Jen­ni­fer Law­ren­ce i  Chriss’a Pratt’a. Trze­ba przy­znać, że film je­st do­brze za­gra­ny, a che­mia po­mię­dzy ekra­no­wą pa­rą bar­dzo wy­czu­wal­na.
.

.
Bo­ha­te­ro­wie są jed­ny­mi z 5 ty­się­cy pa­sa­że­rów, któ­rzy za­hi­ber­no­wa­ni od­by­wa­ją 120 let­nią po­dróż na od­le­głą pla­ne­tę. Coś jed­nak po­szło nie tak i zo­sta­li wy­bu­dze­ni o wie­le za wcze­śnie. Pró­bu­ją ja­koś od­na­leźć się w tej sy­tu­acji, zda­ni sa­mi na sie­bie.

Oka­zu­je się, że rów­nież w ko­smo­sie mi­ło­ść ście­ra się z ego­izmem, ego­izm z wy­ba­cze­niem, a wy­ba­cze­nie ze stra­chem. I osta­tecz­nie na­sze de­cy­zje są wy­pad­ko­wą oko­licz­no­ści, bo za­mia­st na­tręt­nie my­śleć o ce­lu po­dró­ży, le­piej sku­pić się na tym, co je­st bli­sko. A że nie za­wsze je­st jak chce­my i 90 lat sa­mot­no­ści na stat­ku ko­smicz­nym mo­że nie każ­de­mu przy­pa­ść do gu­stu? Cóż, szczę­ście po­dob­no nie za­wsze je­st tam, gdzie się go spo­dzie­wa­my, by­wa że nie ma wyj­ścia. Oczy­wi­ście pod ko­niec nie mo­gło za­brak­nąć dra­ma­tur­gii i bo­ha­ter­stwa, któ­re prze­cież do­ce­ni każ­da fil­mo­wa nie­wia­sta, ale któ­re nie­ko­niecz­nie przy­nie­sie więk­sze unie­sie­nia wi­dzo­wi. Mo­tyw po­świę­ce­nia jed­nost­ki dla ogó­łu, al­bo cho­ciaż go­to­wo­ści do po­świę­ce­nia, je­st tak bar­dzo okle­pa­ny, że bu­dzi tyl­ko mój uśmie­ch pt. „zno­wu!?”.

.

pasaż2

.

A sko­ro o śmia­niu się mo­wa. Bar­dzo do­ce­niam, że ob­raz nie je­st po­zba­wio­ny hu­mo­ru, zwłasz­cza dzię­ki wdzięcz­nej po­sta­ci bar­ma­na – an­dro­ida Ar­thu­ra.  Jed­no­cze­śnie twór­com uda­ło się wzbu­dzić we mnie dusz­ne, klau­stro­fo­bicz­ne od­czu­cia, mi­mo że ak­cja mia­ła miej­sce w gi­gan­tycz­nym po­jeź­dzie, w bez­kre­snej prze­strze­ni ko­smicz­nej. Po­do­ba­ło mi się to i za­li­czam ja­ko ko­lej­ny plus.

Czy po­le­cam „Pa­sa­że­rów”? Ja­sne, je­śli je­ste­ście fa­na­mi sci – fi to cze­mu nie. Spo­dzie­waj­cie się tyl­ko wię­cej fic­tion niż scien­ce. To je­st po pro­stu nie­zbyt am­bit­ny, ale przy­jem­ny w od­bio­rze film, któ­re­go ak­cja dzie­je się w ko­smo­sie. Bar­dzo mnie zre­lak­so­wał i… no do­bra, nie śmiej­cie się, ale tro­chę też wzru­szył 🙂

.
Pau­li­na 

więcej tekstów: Paulina