Moonlight — recenzja filmu

Nie wiem czy przy­pad­kiem nie je­stem ja­kaś in­na, ale ge­ne­ral­nie nie po­wa­la­ją mnie na ło­pat­ki fil­my, któ­re do­sta­ją Osca­ra. Na­praw­dę, te któ­re mnie po­rwa­ły mo­gę po­li­czyć na pal­ca­ch jed­nej rę­ki. Moonlight’a nie oglą­da­łam z my­ślą o na­pi­sa­niu re­cen­zji. Po pro­stu, ot tak, po­szłam so­bie do ki­na nie roz­my­śla­jąc za­nad­to nad fil­mem, któ­ry wy­bie­ram. A jed­nak coś przy­cią­gnę­ło mnie przed kla­wia­tu­rę, że­by Wam o nim opo­wie­dzieć. Przez pra­wie ca­ły se­ans za­sta­na­wia­łam się co spra­wi­ło, że sły­chać pra­wie sa­me za­chwy­ty nad tym ob­ra­zem i wy­da­je mi się, że w koń­cu się do­wie­dzia­łam, choć tra­ci­łam na­dzie­ję. Uwie­rał mnie i mę­czył, ale je­stem cał­ko­wi­cie prze­ko­na­na, że cza­sa­mi wła­śnie o to cho­dzi w ki­nie. Mi­mo wszyst­ko nie za­mie­rzam się przy­łą­czać do pe­anów na je­go cze­ść. Ale od po­cząt­ku.

.
.
.
.

Mo­on­li­ght” zu­peł­nie nie mie­ści się w mo­jej es­te­ty­ce. Ani tro­chę. Jed­nak to, co naj­bar­dziej za­pa­mię­ta­łam, to wła­śnie war­stwa ar­ty­stycz­na. Wiem, że to luź­ne i być mo­że nie­ty­po­we po­rów­na­nie, ale kil­ka­krot­nie, mo­men­ta­mi, przez na­praw­dę krót­kie chwi­le, pod­czas oglą­da­nia przy­cho­dził mi na my­śl „Lob­ster”. Mi­mo że oby­dwa fil­my bar­dzo się od sie­bie róż­nią, to wzbu­dza­ły we mnie te sa­me emo­cje. Mia­łam ocho­tę ucie­kać, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo te­go nie chcia­łam. Mo­stem po­mię­dzy ni­mi je­st dla mnie (ide­al­nie do­bra­na) mu­zy­ka, z tym, że w „Lob­ste­rze” czę­sto do­mi­no­wa­ła nad ca­ło­ścią, a tu ją do­peł­nia­ła. Zresz­tą wbrew po­zo­rom, te­ma­ty­ka obu fil­mów je­st toż­sa­ma – sa­mot­no­ść we wro­gim świe­cie.

.
moonlight recenzja
.

Przede wszyst­kim si­łą „Mo­on­li­ght” je­st ide­al­ny do­bór ak­to­rów. Nie po­tra­fi­ła­bym wska­zać ani jed­ne­go, któ­ry za­grał kiep­sko. A prze­cież, szcze­gól­nie ci mło­dzi, nie są okrzy­cza­ny­mi gwiaz­da­mi z ol­brzy­mim do­świad­cze­niem przed ka­me­rą. Alex Hib­bert, Ash­ton San­ders i Tre­van­te Rho­des (za­de­biu­to­wał w fil­mie „Ma­cze­ta za­bi­ja”, ale nie waż­cie mi się śmiać, bo to film Ro­dri­gu­eza – TEGO Ro­dri­gu­eza od „Czte­rech po­ko­jów”, któ­ry­ch ni­gdy nie prze­sta­nę ko­chać) stwo­rzy­li tak spój­ną po­stać, że na­praw­dę je­stem w sta­nie uwie­rzyć, że to je­den i ten sam czło­wiek na prze­strze­ni lat. Black z koń­ca hi­sto­rii ma w ocza­ch ten sam cień, co Lit­tle włó­czą­cy się po uli­ca­ch pa­to­lo­gicz­nej dziel­ni­cy Mia­mi. Opró­cz te­go, moc­no ujął mnie szcze­ro­ścią An­dre Hol­land. Nie tyl­ko zresz­tą mnie, bo za kre­ację Ke­vi­na otrzy­mał na­gro­dę im. Ro­ber­ta Alt­ma­na na ga­li Film In­de­pen­dent Spi­rit Awards. Z ko­lei Ma­her­sha­la Ali, od­twa­rza­ją­cy po­stać han­dla­rza nar­ko­ty­ka­mi, do­stał za naj­lep­szą ro­lę dru­go­pla­no­wą Osca­ra, Zło­te­go Glo­ba, na­gro­dę BAFTA i Cri­tics’ Cho­ice, ale nie py­taj­cie mnie dla­cze­go. Ja zde­cy­do­wa­nie wo­lę go w Ho­use of Cards.

Do­ce­niam też cie­ka­wą pra­cę ka­me­ry, do­kład­nie ta­ką ja­ką lu­bię i wie­le do­bry­ch, bu­du­ją­cy­ch nar­ra­cję, nie­przy­pad­ko­wy­ch ka­drów. Prze­ma­wia­ły do mnie naj­do­sad­niej szcze­gól­nie w ostat­niej czę­ści fil­mu (i ani ociu­pin­kę nie mam te­raz, rze­cz ja­sna, na my­śli umię­śnio­ny­ch ple­ców Rhodes’a). Zresz­tą, trze­cia czę­ść tej hi­sto­rii je­st bez wąt­pie­nia naj­lep­sza. Po­zo­sta­wia nie­do­syt, ale sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy.
.
.
moonlight recenzja
.

Pod wzglę­dem ar­ty­stycz­nym film je­st ide­al­nie wy­sma­ko­wa­ny i zro­bio­ny po pro­stu bez­błęd­nie. Na­wet pla­kat je­st jed­nym z lep­szy­ch ja­kie ostat­nio wi­dzia­łam.

Go­rzej jed­nak je­śli cho­dzi o tre­ść. Hi­sto­ria je­st spój­na – o trud­nym do­ra­sta­niu, szu­ka­niu swo­je­go miej­sca, de­cy­do­wa­niu o so­bie, cią­głej wal­ce z oko­licz­no­ścia­mi i przyj­mo­wa­niu ży­cia ta­kim ja­kie je­st. Głów­ny bo­ha­ter to chło­pak wy­cho­wy­wa­ny je­dy­nie przez mat­kę nar­ko­man­kę w nie­bez­piecz­nej dziel­ni­cy, nie­po­tra­fią­cy od­na­leźć się z swo­im oto­cze­niu. „Wy­cho­wy­wa­nie” to zresz­tą za du­żo po­wie­dzia­ne – on po pro­stu był. I sta­rał się prze­trwać. Tro­chę dla­te­go że chciał, ale przede wszyst­kim dla­te­go, że mu­siał.

Dwa naj­waż­niej­sze zda­nia w fil­mie to „Przyj­dzie czas, kie­dy sam zde­cy­du­je­sz kim bę­dzie­sz. Nie mo­że­sz po­zwo­lić ni­ko­mu pod­jąć tej de­cy­zji za sie­bie” – ja­kie usły­szał we wcze­snym dzie­ciń­stwie oraz „Kim ty je­steś Chi­ron?” na ko­niec fil­mu. Na ty­ch fi­la­ra­ch opie­ra się ca­ła tre­ść. I choć zma­ga­nia chłop­ca na­praw­dę moc­no zła­pa­ły mnie za ser­ce, to jed­nak osta­tecz­nie je­go hi­sto­ria mnie nie oszo­ło­mi­ła. Bo mo­tyw skry­wa­nia się pod po­wierz­chow­no­ścią, al­bo obu­do­wa­nia wo­kół sie­bie mu­ru, któ­ry ma ukry­wać lę­ki, sła­bo­ści, ta­jem­ni­ce i trau­my z dzie­ciń­stwa to jed­nak tro­chę ba­nał. Tak sa­mo jak roz­wa­ża­nia czy umie­my się tak na­praw­dę przy­znać do te­go kim je­ste­śmy i przede wszyst­kim czy te­go w ogó­le po­trze­bu­je­my. Prze­cież wia­do­mo, że tak. Na plus za­słu­gu­je chy­ba tyl­ko to, że nic do koń­ca tak na­praw­dę nie je­st wy­ja­śnio­ne i za­koń­cze­nie po­win­ni­śmy so­bie do­po­wie­dzieć sa­mi. Do­kład­nie tak, jak cza­sem by­wa w ży­ciu.

Mo­on­li­ght” to prze­ro­st for­my nad tre­ścią, ni­by da się w nim roz­sma­ko­wać, ale na do­brą spra­wę nie­ste­ty roz­cza­ro­wu­je.
.

Pau­li­na

więcej tekstów: Paulina