Jeden dzień w Warszawie

War­sza­wa mnie wku­rza. To je­st fakt.
Tłok, kor­ki, nie koń­czą­ce się ko­lej­ki wszę­dzie gdzie się da, po­śpie­ch, spa­li­ny i ogól­ne po­czu­cie, że lu­dzi wszę­dzie co­raz wię­cej, a mia­sto nie je­st z gu­my to też fak­ty.
Wie­le ra­zy zda­rza mi się na­rze­kać na co­dzien­no­ść, szcze­gól­nie gdy utknę gdzieś po dro­dze do pra­cy. Ale prze­cież tak na­praw­dę, obłęd­nie ko­cham mo­je mia­sto. Zwłasz­cza gdy nie mu­sząc ab­so­lut­nie nic, szwen­dam się gdzieś spo­koj­nie i zda­rza mi się na chwi­lę sta­nąć i za­chwy­cić się ja­kimś wi­do­kiem, po­czuć at­mos­fe­rę i po raz ko­lej­ny stwier­dzić, że to je­st mo­je miej­sce na świe­cie. 

War­sza­wa szcze­gól­nie mnie za­chwy­ca je­sie­nią i w let­nie wie­czo­ry. Je­sień ide­al­nie wpi­su­je się swo­ją me­lan­cho­lią w jej lek­ko smęt­ny kli­mat. Dy­wa­ny z ko­lo­ro­wy­ch li­ści pięk­nie zdo­bią na­sze sza­re uli­ce. A z par­ków nie chce się wy­cho­dzić. Spa­ce­ry w cie­płe, je­sien­ne dni naj­bar­dziej ko­ja­rzą mi się z du­chem te­go mia­sta.

La­tem za to, gdy wie­czo­rem upał już tak nie mę­czy po­śród na­grza­ne­go be­to­nu, w War­sza­wie po pro­stu chce się żyć. Wszyst­ko wy­da­je się ide­al­ne i peł­ne uro­ku.
Ale gdy­by­ście mnie za­py­ta­li, mo­gąc wy­brać tyl­ko je­den dzień, kie­dy naj­le­piej od­wie­dzić mo­je mia­sto, bez za­sta­no­wie­nia po­wie­dzia­ła­bym Wam: wpa­daj­cie pierw­sze­go sierp­nia!

Po­le­głym chwa­ła, wol­no­ść ży­wym*

O Po­wsta­niu War­szaw­skim po­wie­dzia­no już wszyst­ko co po­wie­dzieć się da­ło. Że do­brze, że wy­bu­chło, że źle, że głu­po­ta i bez sen­su, że bo­ha­te­ro­wie, al­bo że co im w ogó­le od­bi­ło.
A ja Wam po­wiem, że to nie je­st spra­wa ze­ro­je­dyn­ko­wa. War­sza­wia­cy wal­czy­li w ’44, bo tak uzna­li za słusz­ne. Ko­niec, krop­ka. Trze­ba na­praw­dę du­żo prze­czy­tać o po­wsta­niu, po­słu­chać opo­wie­ści lu­dzi, któ­rzy to prze­ży­li, by zro­zu­mieć, że my tu dziś, ży­jąc w wol­nym kra­ju nie mo­że­my w 100% ich oce­nić. Każ­dy by wo­lał, że­by po­wsta­nia nie by­ło i że­by­śmy mie­li na­dal tam­tą pięk­ną, nie­zbu­rzo­ną War­sza­wę. Że­by 200 tys. cy­wi­lów i 16 tys. po­wstań­ców ży­ło. No i wo­le­li­by­śmy nie stra­cić wie­lu bi­blio­tek, dzieł sztu­ki i in­ny­ch cen­ny­ch rze­czy. Więk­szo­ść lu­dzi, któ­ra wte­dy wal­czy­ła też by wo­la­ła. Ale aku­rat w tam­ty­ch dnia­ch, po­sta­no­wi­li za­ry­zy­ko­wać. A tym, któ­rzy ry­zy­ku­ją wal­cząc o wol­no­ść, za­wsze na­le­ży się sza­cu­nek. To nie my ży­li­śmy la­ta­mi pod oku­pa­cją, upo­ka­rza­ni na wła­snym po­dwór­ku, że­by te­raz mó­wić co moż­na by­ło zro­bić le­piej. To tak nie dzia­ła. To by by­ło za ła­twe.

In­ną kwe­stią są błę­dy do­wódz­twa, któ­re zgo­dzi­ło się na pod­ję­cie walk. Nie mie­li pro­stej de­cy­zji do pod­ję­cia, ale ja­ko do­świad­cze­ni woj­sko­wi, z więk­szą wie­dzą o sy­tu­acji, po­win­ni być roz­sąd­niej­si.

A my, dziś? Hi­sto­ria je­st po to, że­by­śmy się z niej uczy­li i nie po­wta­rza­li błę­dów z prze­szło­ści. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, każ­dy kto bę­dzie chciał że­by­ście by­li idio­ta­mi, bę­dzie Was za­wsze znie­chę­cał do jej po­zna­wa­nia. Al­bo Wam to utrud­niał.

Upa­mięt­nia­nie Po­wsta­nia War­szaw­skie­go to nie je­st żad­ne świę­to­wa­nie po­ra­żek czy in­na mar­ty­ro­lo­gia. Prze­cież nikt nie ro­bi im­prez 3 paź­dzier­ni­ka, w dniu pod­pi­sa­nia ka­pi­tu­la­cji. Cho­dzi przede wszyst­kim o za­ma­ni­fe­sto­wa­nie swo­jej pa­mię­ci o tym co się wy­da­rzy­ło, a tak­że re­spek­tu dla po­wstań­ców i war­to­ści ja­kie wy­peł­nia­ły ich ży­cie. Mi­nu­ta ci­szy dla Po­wsta­nia to czas, w na­szym bie­gną­cym nie wia­do­mo gdzie świe­cie, w któ­rym mo­że­my przy­po­mnieć so­bie czym je­st ho­nor, od­wa­ga, wol­no­ść i bra­ter­stwo. My mo­że­my być z ni­ch dum­ni. Ale czy ko­lej­ne po­ko­le­nia bę­dą dum­ne z nas?

Opró­cz te­go, wspo­mi­na­nie dra­ma­tu z ’44 r. słu­ży utrwa­la­niu prze­ko­na­nia, że nie wol­no ni­gdy wię­cej do­pu­ścić do sy­tu­acji, w któ­rej bę­dzie trze­ba po raz ko­lej­ny prze­lać krew, a dzie­ci bę­dą bie­ga­ły z ka­ra­bi­na­mi i w za du­ży­ch heł­ma­ch. Nie­raz z za­nie­po­ko­je­niem ob­ser­wu­ję in­fan­tyl­ne, god­ne po­ża­ło­wa­nia oso­by, któ­re sza­fu­ją ja­ko ta­kim po­ko­jem i ła­dem, któ­ry nie­ko­niecz­nie je­st prze­cież wiecz­ny. Oni ni­cze­go nie na­uczy­li się z tej lek­cji.

Go­dzi­na W

Już od lat, 1 sierp­nia przed 17:00 lu­dzie, po­śród co­dzien­ne­go gwa­ru, zbie­ra­ją się w cha­rak­te­ry­stycz­ny­ch miej­sca­ch sto­li­cy i cze­ka­ją. O 17:00, czy­li w go­dzi­nie roz­po­czę­cia po­wsta­nia, roz­brzmie­wa­ją sy­re­ny. Ty­sią­ce prze­chod­niów za­trzy­mu­je się, usta­je ru­ch, mia­sto tęt­nią­ce ży­ciem za­mie­ra, by od­dać hołd Po­la­kom, któ­rzy po­nad 70 lat te­mu pod­ję­li wal­kę za na­sz kraj. Trwa za­du­ma nad ludz­kim he­ro­izmem. Je­że­li chce­cie nas od­wie­dzić, to war­to wziąć udział w tej war­szaw­skiej tra­dy­cji. Je­śli nie my bę­dzie­my o ni­ch pa­mię­tać, to kto?

Po­ni­żej wkle­jam Wam fil­mik sprzed 2 lat, do­brze od­da­ją­cy at­mos­fe­rę:

Na mi­nu­cie ci­szy się jed­nak nie koń­czy. 1 sierp­nia mo­że­cie wła­ści­wie po­znać ca­łą hi­sto­rię po­wsta­nia i spoj­rzeć w oczy wie­lu bo­ha­ter­skim żoł­nie­rzom, któ­rzy na­dal ży­ją. W ca­łej War­sza­wie ma miej­sce mnó­stwo spo­tkań i po­mniej­szy­ch uro­czy­sto­ści. Po­le­cam Wam szcze­gól­nie, nie tyl­ko w rocz­ni­cę, zwie­dzić Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. W związ­ku z ob­cho­da­mi, wej­ście je­st dar­mo­we.

Spo­śród wie­lu kon­cer­tów, ja­kie się u nas wte­dy od­by­wa­ją, zde­cy­do­wa­nie naj­cie­kaw­szy je­st na Pla­cu Pił­sud­skie­go o 20:00 — „War­sza­wia­cy śpie­wa­ją (nie)zakazane pio­sen­ki”. Jak sa­ma na­zwa wska­zu­je, moż­na tam po­śpie­wać z ty­sią­ca­mi in­ny­ch miesz­kań­ców War­sza­wy, a tak­że z sa­my­mi po­wstań­ca­mi utwo­ry, któ­re to­wa­rzy­szy­ły im w tam­ty­ch dnia­ch. Faj­nie być ra­zem.
Przy oka­zji, or­ga­ni­za­to­rzy opo­wia­da­ją aneg­do­ty zwią­za­ne z po­wsta­niem i hi­sto­rie do­ty­czą­ce sa­my­ch pio­se­nek.

Zo­bacz­cie jak by­ło w ze­szłym ro­ku:

Z re­gu­ły je­st tak, że je­śli po­wie­cie sta­ty­stycz­ne­mu War­sza­wia­ko­wi (uro­dzo­ne­mu w War­sza­wie), że coś Wam się w na­szym mie­ście nie po­do­ba, au­to­ma­tycz­nie otrzy­ma­cie li­ta­nię do­wo­dów, że jed­nak je­st świet­nie.
Ja­sne, że to nie je­st naj­bar­dziej zja­wi­sko­we mia­sto na świe­cie, ani na­wet w Pol­sce. Nie za­pie­ra de­chu w pier­sia­ch za­raz po wyj­ściu z po­cią­gu. Ale pa­trząc ser­cem, zo­ba­czy­cie dla­cze­go dla nas je­st naj­pięk­niej­sze. Że­by po­ko­chać War­sza­wę i do­ce­nić jej urok trze­ba po­znać jej im­po­nu­ją­ce lo­sy. W jej mu­ra­ch je­st ener­gia, ja­kiej nie do­świad­czy­cie ni­gdzie in­dziej. By­wa mę­czą­ca, ale do dziś, choć już na szczę­ście w in­ny spo­sób, je­st peł­na na­dziei na lep­sze.

To co, wi­dzi­my się na uli­ca­ch mia­sta 1 sierp­nia?

Pau­li­na

*cy­tat z jed­nej z naj­ład­niej­szy­ch pio­se­nek po­wstań­czy­ch — „War­szaw­skie dzie­ci”

więcej tekstów: Paulina