Dunkierka — recenzja filmu

 

Ge­ne­ral­nie nie prze­pa­dam za fil­ma­mi wo­jen­ny­mi, ale w mo­men­cie w któ­rym do­wie­dzia­łam się, że „Dun­kier­ka” zo­sta­ła wy­re­ży­se­ro­wa­na przez Chri­sto­phe­ra No­la­na, a mu­zy­kę na­pi­sał Hans Zim­mer, wie­dzia­łam że mu­szę obej­rzeć, bo to po pro­stu nie mo­gło się nie udać. I co się oka­za­ło? Że nie za­wio­dłam się ani tro­chę i na wstę­pie mo­gę śmia­ło przy­znać, że ten ob­raz to ar­cy­dzie­ło.

 

Film opo­wia­da hi­sto­rię ewa­ku­acji bry­tyj­ski­ch żoł­nie­rzy z fran­cu­skiej Dun­kier­ki, któ­ra mia­ła miej­sce w 1940 ro­ku w ra­ma­ch ope­ra­cji „Dy­na­mo”, po ata­ku Niem­ców na Fran­cję. W cią­gu lek­ko po­nad ty­go­dnia oca­lo­no z plaż i por­tu prze­szło 300 ty­się­cy lu­dzi. Zresz­tą sa­me szcze­gó­ły hi­sto­rycz­ne nie ma­ją aż tak du­że­go zna­cze­nia — głów­ną osią te­go fil­mu są emo­cje bo­ha­te­rów, któ­re bar­dzo moc­no udzie­la­ją się wi­dzo­wi. Te­go fil­mu się nie oglą­da, ten film się prze­ży­wa.

Bar­dziej niż tre­ść opo­wie­ści, któ­ra sa­ma w so­bie je­st prze­cież do­ść pro­sta, ude­rza cią­głe po­czu­cie za­gro­że­nia, klau­stro­fo­bicz­na at­mos­fe­ra, cią­gła ko­niecz­no­ść do­ko­ny­wa­nia wy­bo­rów od któ­ry­ch za­le­ży ży­cie, a mo­men­ta­mi też bez­rad­no­ść wy­ni­ka­ją­ca ze świa­do­mo­ści ob­lę­że­nia przez wro­ga, któ­re­go do­sko­na­le czu­je­my, mi­mo te­go, że go nie wi­dać. W jed­nej chwi­li wy­da­je się, że nie­bez­pie­czeń­stwo je­st tro­chę mniej­sze, by za mo­ment zo­ba­czyć peł­ne bez­sil­no­ści prze­ra­że­nie na twa­rza­ch ak­to­rów. W koń­cu, po­wta­rza­jąc za jed­nym z ofi­ce­rów: „wi­dzieć dom, nie zna­czy tam do­trzeć”. Chri­sto­pher No­lan ser­wu­je nam praw­dzi­wy emo­cjo­nal­ny rol­ler­co­aster. W do­dat­ku do­pra­wio­ny mu­zy­ką Han­sa Zim­me­ra, któ­ra jak zwy­kle bez­błęd­nie kre­owa­ła mo­je od­czu­cia. Ścież­ka dźwię­ko­wa sta­no­wi­ła tęt­no te­go fil­mu, ide­al­nie prze­pla­ta­ła się ze sce­na­mi wi­dzia­ny­mi na ekra­nie, trzy­ma­ła w ocze­ki­wa­niu i nie po­zwa­la­ła ani na mo­ment ode­tchnąć.

.

.

Emo­cje to jed­no, ale za to co ab­so­lut­nie naj­lep­sze w „Dun­kier­ce”, uwa­żam prze­pięk­ne zdję­cia. Ma­ją pro­sty, su­ro­wy wrę­cz kli­mat i za­chwy­ca­ją bez­błęd­ną dy­na­mi­ką od pierw­szej do ostat­niej sce­ny. Oglą­da­jąc film, po­my­śla­łam so­bie (jak­kol­wiek dziw­nie to nie za­brzmi), że wy­glą­da­ją tro­chę tak jak­by… ro­bił je Po­lak, bo sko­ja­rzy­ły mi się z „He­li­kop­te­rem w ogniu”, gdzie ope­ra­to­rem ka­me­ry był Sła­wo­mir Idziak oraz ze sty­lem Da­riu­sza Wol­skie­go. Pierw­szą rze­czą ja­ką zro­bi­łam po se­an­sie by­ło spraw­dze­nie au­to­ra zdjęć do „Dun­kier­ki” i wca­le się nie zdzi­wi­łam, że Hoy­te van Hoy­te­ma je­st ab­sol­wen­tem łódz­kiej fil­mów­ki.

Sce­ny bom­bar­do­wań są bar­dzo re­ali­stycz­ne i w wie­lu mo­men­ta­ch czu­łam się ni mniej ni wię­cej, tyl­ko jak­bym by­ła pod ob­strza­łem ra­zem z ty­mi chło­pa­ka­mi. Jed­nak naj­bar­dziej za­pie­ra­ją­ce de­ch w pier­sia­ch są uję­cia ze Spitfire’ami la­ta­ją­cy­mi nad mo­rzem. Tu mu­szę wspo­mnieć o świet­ny­ch ro­la­ch To­ma Hardy’ego i Jac­ka Lowden’a. W ogó­le ak­to­rzy da­li ra­dę — od Mar­ka Rylance’a gra­ją­ce­go roz­czu­la­ją­co od­waż­ne­go pa­na Daw­so­na, po ty­ch z młod­sze­go po­ko­le­nia, któ­rzy ge­ne­ral­nie trzy­ma­li rów­ny, wy­so­ki po­ziom.

.

.

Ob­raz, jak przy­sta­ło na pe­łen roz­ma­chu film wo­jen­ny, je­st wzru­sza­ją­cy i chwy­ta za ser­ce. Wierz­cie lub nie, ale do­sko­na­le ro­zu­mia­łam łzy wzru­sze­nia w ocza­ch ko­man­do­ra Bol­to­na sto­ją­ce­go na mo­lo. Mi­mo wszyst­ko, jak na mo­je stan­dar­dy, film nie je­st prze­peł­nio­ny nad­mier­nym pa­to­sem. Pew­nie je­stem nie­obiek­tyw­na — wiem, że wy­pa­da na pa­tos na­rze­kać, ale mnie on aku­rat pra­wie ni­gdy nie prze­szka­dza.

Do tej po­ry lu­bi­łam Chri­sto­phe­ra No­la­na za „In­ter­stel­lar” i „Pre­stiż”, a od dziś ko­cham go za „Dun­kier­kę”. To film wy­bit­ny, kom­plet­ny, wie­lo­płasz­czy­zno­wy, do­ty­ka­ją­cy, a przy tym wszyst­kim wi­do­wi­sko­wy. In­ny od ty­ch, z któ­ry­mi No­lan mi się ko­ja­rzył. Na po­cząt­ku na­pi­sa­łam, że nie lu­bię fil­mów wo­jen­ny­ch i to je­st praw­da, ale „Dun­kier­ka” mi­mo że osa­dzo­na w re­alia­ch II woj­ny, to na do­brą spra­wę ob­raz uni­wer­sal­ny — opo­wia­da­ją­cy o od­wa­dze, stra­chu, lo­jal­no­ści, stre­sie i tkwie­niu w obłęd­nej pu­łap­ce. Na pew­no przez wie­le lat bę­dzie punk­tem od­nie­sie­nia w swo­im ga­tun­ku i ma spo­re szan­se, by stać się fil­mem kul­to­wym.

.

Oce­na dla Me­dia­kry­tyk: 10

więcej tekstów: Paulina