Blade Runner 2049 — recenzja filmu

Już wie­le ra­zy pi­sa­łam na blo­gu, że scien­ce fic­tion to mój ulu­bio­ny ga­tu­nek fil­mo­wy, więc „oczy­wi­stą oczy­wi­sto­ścią” by­ło, że Bla­de Run­ne­ra obej­rzę obo­wiąz­ko­wo. Cie­szę się, że De­nis Vil­le­neu­ve re­ali­zu­je ko­lej­ne, nie­tu­zin­ko­we pro­jek­ty sci – fi, bo od cza­sów No­we­go Po­cząt­ku wy­ra­sta na jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­ny­ch re­ży­se­rów i my­ślę, że bę­dzie god­nym na­stęp­cą Ridley’a Scot­ta (cho­ciaż mam na­dzie­ję, że Scott jesz­cze dłu­go na eme­ry­tu­rę nie bę­dzie się wy­bie­rał).  Ale do pu­en­ty!

.

.

Bla­de Run­ne­ra moż­na po­ko­chać za kil­ka rze­czy. Za hi­sto­rię, któ­ra po­ru­sza, od­wo­łu­jąc się do po­waż­ny­ch te­ma­tów w nie­na­chal­ny spo­sób. Za nie­przy­zwo­icie re­we­la­cyj­ną, mo­men­ta­mi prze­ra­ża­ją­cą mu­zy­kę. Za na­wią­za­nia do pierw­szej wer­sji fil­mu przy jed­no­cze­snym za­cho­wa­niu od­ręb­no­ści. Za fan­ta­stycz­ne Los An­ge­les przy­szło­ści — mo­nu­men­tal­ne, no­wo­cze­sne, za­tło­czo­ne, ale mi­mo to ude­rza­ją­ce pust­ką, sa­mot­no­ścią i na­pa­wa­ją­ce nie­po­ko­jem, mrocz­ne do bó­lu mia­sto. A po­nad to wszyst­ko za na­pie­ra­ją­cy z każ­dej stro­ny, cięż­ki, lep­ki, dys­to­picz­ny kli­mat, w któ­rym za­nu­rza­my się od pierw­szej do ostat­niej klat­ki. Ob­raz do­pra­co­wa­ny je­st w każ­dym szcze­gó­le i wi­zu­al­nie stoi bar­dzo wy­so­ko, cie­sząc oko nie tyl­ko dzię­ki so­lid­nym efek­tom spe­cjal­nym, ale też pięk­nym, wy­su­bli­mo­wa­nym ka­drom.

 

Je­st też do­brze za­gra­ny. Mi­ło by­ło zo­ba­czyć po­now­nie Har­ri­so­na For­da ja­ko Ric­ka Dec­kar­da w uni­wer­sum „Łow­cy an­dro­idów”, a ak­to­rzy młod­sze­go po­ko­le­nia, prze­peł­nio­ny emo­cja­mi Ry­an Go­sling i przy­ku­wa­ją­cy Ja­red Le­to, nie tyl­ko do­trzy­ma­li mu kro­ku, ale też my­ślę, że moż­na po­wie­dzieć, że przy­ćmi­li. Rów­nież Ana de Ar­mas i Sy­lvia Ho­eks wy­pa­dły bar­dzo do­brze, cho­ciaż nie są to kre­acje, do któ­ry­ch bę­dę wra­cać my­śla­mi.

.

.

Wspo­mnieć jed­nym zda­niem o mu­zy­ce z te­go fil­mu to by by­ło za ma­ło. Po­cząt­ko­wo stwo­rzyć miał ją w ca­ło­ści Jó­hann Jó­hans­son, któ­ry kom­po­no­wał m. in. do No­we­go Po­cząt­ku i Si­ca­rio, ale osta­tecz­nie za­stą­pi­li go Hans Zim­mer i Ben­ja­min Wal­l­fi­sh.

Zim­mer ma to do sie­bie, że je­go mu­zy­ka pro­wa­dzi emo­cje jak po sznur­ku – w przy­pad­ku Bla­de Run­ne­ra wpły­wa­ła na mo­ją per­cep­cję mo­że na­wet bar­dziej niż Ry­an Go­sling 😉 Mu­si­cie mi wy­ba­czyć to bab­skie zbo­cze­nie z głów­ne­go to­ru – już wra­cam do za­chwy­tów nad so­und­trac­kiem. W pierw­szej wer­sji, z 1982 ro­ku, za ścież­kę dźwię­ko­wą od­po­wia­dał Van­ge­lis. W „Łow­cy An­dro­idów” so­und­track na­kre­ślił wie­le i prze­sze­dł do hi­sto­rii mu­zy­ki fil­mo­wej (zgad­nij­cie cze­go wła­śnie te­raz słu­cham). Po­rów­nu­jąc oba fil­my, my­ślę że Zim­mer spro­stał wy­zwa­niu i wspa­nia­le wpi­sał się w kli­mat do­peł­nia­jąc ca­ło­ści, cho­ciaż mu­szę przy­znać, że je­st do­ść cha­rak­te­ry­stycz­nie dla je­go kom­po­zy­cji z ostat­nie­go cza­su i wiel­kie­go prze­ło­mu tu nie znaj­dzie­cie.

Si­łą Bla­de Run­ne­ra, jak na do­bre ki­no przy­sta­ło, na pew­no je­st fa­bu­ła. Z jed­nej stro­ny do­ść pro­sta, bo ma­my do czy­nie­nia  ze zwy­kłym z po­zo­ru śledz­twem, pro­wa­dzo­nym przez łow­cę an­dro­idów — Ofi­ce­ra K, ale prze­ista­cza­ją­cym się w peł­ną zwro­tów ak­cji, trzy­ma­ją­cą w na­pię­ciu in­try­gę, gdy oka­zu­je się, że tra­fił on na ta­jem­ni­cę, któ­ra mo­że zbu­rzyć pa­nu­ją­cy na świe­cie ład. Je­dy­ne co mo­gę za­rzu­cić, to mo­men­ta­mi je­st zbyt do­słow­nie, tak jak­by re­ży­ser bał się, że wi­dz sam nie do­my­śli się o co cho­dzi i nie zro­zu­mie za­koń­cze­nia.

.

.

Je­st jesz­cze dru­gie dno. Mi­mo że kwe­stia re­pli­kan­tów, sztucz­ny­ch lu­dzi, któ­rzy nie róż­nią się od nas tak bar­dzo jak nam się wy­da­je, je­st jesz­cze do­me­ną na­praw­dę bar­dzo da­le­kiej przy­szło­ści, to jed­nak pro­blem etycz­ny, zwią­za­ny z na­uko­wą in­ge­ren­cją w pro­ces two­rze­nia je­st jak naj­bar­dziej ak­tu­al­ny. Po­wra­ca­ją, zna­ne cho­ciaż­by z Pro­me­te­usza, py­ta­nia o toż­sa­mo­ść i o od­po­wie­dzial­no­ść za to co się po­wo­łu­je do ży­cia, o kon­se­kwen­cje z tym zwią­za­ne, a przede wszyst­kim o róż­ni­ce po­mię­dzy na­tu­ral­nym, a sztucz­nym. Czym róż­ni się re­pli­kant od czło­wie­ka po­za tym, że nie po­sia­da du­szy? Ile trze­ba, że­by za­czął szu­kać w so­bie ludz­kie­go pier­wiast­ka? Czy czło­wiek je­st w sta­nie stwo­rzyć coś bar­dziej ludz­kie­go niż on sam? Wi­zja świa­ta, w któ­rym praw­dzi­we re­la­cje i uczu­cia, za­stę­po­wa­ne są przez ich imi­ta­cje, je­st przy­tła­cza­ją­ca. Ale w ja­kiejś mie­rze do­ty­czy nas już dziś.

.

Co tu du­żo mó­wić. Oka­zu­je się, że De­nis Vil­le­neu­ve, Ri­dley Scott i Hans Zim­mer to dla mnie po­łą­cze­nie ide­al­ne. Z ki­na wy­szłam pod wra­że­niem i bez naj­mniej­sze­go po­czu­cia nie­do­sy­tu, za to z re­flek­sją, że ten film zde­cy­do­wa­nie prze­bił ostat­nie­go Ob­ce­go. Je­śli Vil­le­neu­ve w ta­kim sty­lu od­świe­ża sta­re kla­sy­ki, to te­raz tym bar­dziej nie mo­gę do­cze­kać się je­go ekra­ni­za­cji no­wej wer­sji Diu­ny 🙂

 

Oce­na dla Me­diak­ty­ryk: 10

więcej tekstów: Paulina

  • go­sc

    pe­łen emo­cji Go­sling?
    Ten typ i Ra­fał Mro­czek to to sa­mo, do­wol­nie wy­cię­te ka­dry z każ­de­go je­go fil­mu moż­na po­za­mie­niać z in­ny­mi, nikt by się nie po­znał
    Jed­na ta sa­ma mi­na przez 70% ka­rie­ry
    Mro­czek 80%

    • Fan­ką Go­slin­ga nie je­stem, ale my­ślę, że to jed­nak dla nie­go krzyw­dzą­ce po­rów­na­nie 😉 W Bla­de Run­ne­rze za­grał świet­nie i pod­trzy­mu­ję, że był pe­łen emo­cji, a emo­cje nie za­wsze wy­ra­ża­ją się tyl­ko w nad­mier­nej mi­mi­ce.

      • go­sc

        nad­mier­na mi­mi­ka to je­st Ce­za­ry Pa­zu­ra w 13 po­ste­run­ku
        By­cie po­mię­dzy Mrocz­ka­mi a Pa­zu­rą pla­su­je te­go Go­slin­ga w ele­gan­ciej 3 li­dze ak­to­rów.
        Mógł­by za­grać Hi­tle­ra i Ben­ne­go Hil­la –je­go kre­ację róż­nił­by tyl­ko do­kle­jo­ny wą­sik