Atomic Blonde — recenzja filmu

Je­st ta­ka nie­pi­sa­na za­sa­da pa­nu­ją­ca we wszech­świe­cie, że je­śli Char­li­ze The­ron gra ostrą la­skę, to ja ten film praw­do­po­dob­nie oglą­da­łam, oglą­dam al­bo obej­rzę 😉  No chy­ba, że to „Szyb­cy i wście­kli” – to wte­dy nie.

Ale ok, nie od­bie­ga­jąc od te­ma­tu: fil­my o agen­ta­ch, taj­ny­ch służ­ba­ch i ich po­ra­chun­ka­ch z bi­ja­ty­ka­mi co 3 mi­nu­ty, nie są mo­imi ulu­bio­ny­mi, na­to­mia­st od cza­su do cza­su nie po­gar­dzę. Nie spo­dzie­wa­łam się jed­nak, że „Ato­mic Blon­de” aż tak mi się spodo­ba, wcią­gnie bez resz­ty (jak ży­cie… 😉 ) i nie pu­ści przez pra­wie 2 go­dzi­ny. Nie znaj­dzie­cie tam nad­zwy­czaj skom­pli­ko­wa­nej in­try­gi szpie­gow­skiej, ale też zde­cy­do­wa­nie nie je­st nud­no. To do­ść pro­sta, prze­ry­so­wa­na opo­wie­ść z wiel­ką hi­sto­rią w tle.

.

.

Je­st rok 1989, li­sto­pad, za­raz ru­nie mur ber­liń­ski. Nie ma to jed­nak wiel­kie­go zna­cze­nia dla fa­bu­ły, po pro­stu ła­twiej po­czuć zim­no­wo­jen­ną at­mos­fe­rę i na­pię­cie po­mię­dzy dwie­ma stro­na­mi po­dzie­lo­ne­go świa­ta. Ro­syj­ski wy­wiad prze­jął li­stę po­dwój­ny­ch agen­tów, któ­rą ma od­zy­skać wia­do­ma blon­dyn­ka z MI6. Przy oka­zji ma zba­dać kto stoi za śmier­cią jed­ne­go z bry­tyj­ski­ch szpie­gów. Spra­wą in­te­re­su­je się też oczy­wi­ście Sta­si, CIA i służ­by spe­cjal­ne z Fran­cji.

Trze­ba przy­znać, że la­ta ’80 w fil­mie wy­glą­da­ją bar­dzo do­brze, kli­mat zo­stał świet­nie od­da­ny i nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko, by zna­leźć się w Ber­li­nie w tam­tym cza­sie.

Ob­raz je­st bar­dzo przy­jem­ny od stro­ny wi­zu­al­nej. Mie­ści się cał­ko­wi­cie w mo­jej es­te­ty­ce. Szcze­gól­nie po­do­ba­ły mi się ko­lo­ry, sce­no­gra­fia i pra­ca ka­me­ry, któ­ra zwłasz­cza w sce­na­ch walk i ty­ch wszyst­ki­ch sza­mo­ta­nin, spra­wia­ła lek­kie wra­że­nie, że to nie film tyl­ko gra kom­pu­te­ro­wa.

.

.

Ła­two je­st tra­fić na po­rów­na­nia „Ato­mic Blon­de” do „Joh­na Wic­ka”, co oczy­wi­ste ze wzglę­du na re­ży­se­ra Da­vi­da Le­it­cha. Na­to­mia­st w związ­ku z tym, że je­st moc­no ko­mik­so­wy, choć zda­ję so­bie spra­wę, że to do­ść da­le­kie sko­ja­rze­nie, to pod­czas oglą­da­nia pa­rę ra­zy przy­sze­dł mi go gło­wy jesz­cze „Sin Ci­ty” Ro­ber­ta Ro­dri­gu­eza. Zresz­tą, za­rów­no grze­ch jak i mia­sto gra­ły w ato­mo­wej blon­dyn­ce głów­ne ro­le.

A pro­pos ról. Char­li­ze The­ron i Ja­mes McA­voy (jej­ku, ten ak­cent – mógł­by mi czy­tać na­wet książ­kę te­le­fo­nicz­ną, a i tak by­ła­bym w siód­mym nie­bie) zde­cy­do­wa­nie da­li ra­dę, cho­ciaż nie by­li za­ska­ku­ją­cy ja­ko du­et. W tym sen­sie, że nie za­gra­li ina­czej niż moż­na by­ło się te­go po ni­ch spo­dzie­wać. Po po­ro­stu do­bra for­ma, wi­docz­na za­rów­no w sce­na­ch emo­cjo­nal­ny­ch i dra­ma­tur­gicz­ny­ch, jak też pod­czas ak­cji. Char­li­ze w ogó­le je­st stwo­rzo­na do ta­ki­ch ról i tyl­ko to po­twier­dzi­ła.

Nie­co go­rzej, przy­naj­mniej w po­rów­na­niu do ni­ch, wy­pa­dła So­fia Bo­utel­la, na­to­mia­st spo­śród po­sta­ci dru­go­pla­no­wy­ch cał­kiem spodo­ba­ła mi się kre­acja Eddie’go Mar­sa­na (czy­li Spyglass’a).

.

.

Ca­ło­ść do­pra­wio­na je­st hi­ta­mi z lat osiem­dzie­sią­ty­ch – w so­und­trac­ku znaj­dzie­cie mię­dzy in­ny­mi Qu­een, De­pe­che Mo­de, The Cla­sh, George’a Michael’a i David’a Bo­wie. Do te­go sły­szy­my mu­zy­kę skom­po­no­wa­ną do fil­mu przez Ty­le­ra Ba­te­sa. Je­st fe­no­me­nal­nie i chy­ba nic wię­cej do­da­wać nie trze­ba, bo ta­ki skład mó­wi sam za sie­bie.

 

Ato­mic Blon­de” roz­po­czy­na się moc­no i tak też trzy­ma do ostat­niej sce­ny. Je­st dy­na­micz­ny, pe­łen zwro­tów ak­cji i efek­tow­ny. Je­śli mnie po­do­ba­ły się sce­ny walk, a na­wet po­ści­gów sa­mo­cho­do­wy­ch to zna­czy, że tym bar­dziej przy­pad­ną do gu­stu mi­ło­śni­kom ki­na ak­cji. Bę­dzie­cie mie­li na co po­pa­trzeć i cze­go po­słu­chać. Po­le­cam, bo ten film zde­cy­do­wa­nie ma wszyst­ko, co star­cza by do­brze się ba­wić.
.

.

Oce­na dla Me­dia­kry­tyk: 8

więcej tekstów: Paulina